Dawno już straciłem wiarę w rynek gier niezależnych. Kilka lat temu, głównie za sprawą widowiskowego sukcesu kilku wspaniale napisanych indyków, serwery Steama przeżyły oblężenie słabych gier niezależnych, które zamiast stanowić przeciwwagę do wypuszczanych taśmowo tytułów AAA od największych studiów pokroju Ubisoftu, stawały się coraz częściej sposobem na wyciągnięcie od graczy tych kilku, no, może kilkunastu dolarów. Oczywiście nie twierdzę, że na rynku gier indie nie ma tytułów naprawdę wartych uwagi i tworzonych z pasją. Jest ich po prostu znacznie mniej niż słabych, pisanych naprędce tytułów próbujących odcinać kupony od sukcesu swoich poprzedników. Do której z tych grup zaliczyć można jednak The Aquatic Adventure of the Last Human?

Pixel pixelowi nierówny

Pośród tej, tak bardzo znienawidzonej przeze mnie grupy indyków produkowanych masowo, byle by tylko sprzedać kilka następnych kopii, ogromną popularnością cieszy się oprawa „retro”. Wynika to z prostego faktu – dużo łatwiej (i taniej!) jest narysować kilka pixelartów i wrzucić do gry, zamiast bawić się w jakieś fotorealizmy. Z przyjemnością ogłosić mogę, że The Aquatic Adventure of the Last Human, poza zdecydowanie zbyt długą nazwą posiada również pięknie wykonaną oprawę graficzną. Świat narysowany został z ogromną starannością i z zachowaniem równie dużej różnorodności. Podwodny świat obfituje nie tylko w kolorowe rafy koralowe czy przerażające głębiny. Znajdziemy tu także zatopione metropolie, labirynty rur kanalizacyjnych czy wnętrza ogromnych mechanicznych struktur, przypominające swym wyglądem wnętrza statków kosmicznych żywcem wyjętych z filmów Sci-fi lat 80′. Jest jednak jedna mała tejże wada oprawy graficznej – gra nie ma zbyt wiele jaskrawych kolorów, wszystkie barwy są pastelowe i wygląda to bardzo dobrze, jednakże potrafi powodować drobne problemy z wykrywaniem przez gracza elementów otoczenia i fragmentów ciała naszych wrogów. Podczas mojej podróży do wnętrza podwodnego świata zdarzyło mi się kilka razy zginąć wpadając na minę której kontury były ledwo widoczne w otchłani morskiej głębi, albo natykając się na jakiś latający pocisk którego nie zauważyłem ponieważ stapiał się z tłem.

Gdybym miał wskazać mój ulubiony element gry, zdecydowanie była by to ścieżka dźwiękowa. Utwory przygrywające w tle są fantastyczne. Wpadają w ucho i bardzo dobrze oddają klimat odwiedzanych przez gracza lokacji. Wszystkie utwory odpowiadają zamysłowi artystycznemu gry – połączenie melodii charakterystycznych dla gier z czasów 8 bitowych z nieco nowszymi brzmieniami fantastycznie komponuje się z melancholijną atmosferą produkcji. Byłem też bardzo zaskoczony tym, jak dobrze twórcom udało się za pomocą ścieżki dźwiękowej wprowadzić klimat grozy i wszechobecnej samotności. Dzięki muzyce czułem się osaczony, można wręcz powiedzieć, że faktycznie czułem się jakbym to ja był tytułowym ostatnim żyjącym człowiekiem, rzuconym w bezkresną otchłań.

Postapokalipsa w wydaniu marynistycznym

The Aquatic Adventure of the Last Human opowiada historię załogi statku kosmiczno-podwodnego, który na początku gry zostaje wysłany w kosmos i wpada do czarnej dziury. Po wylocie z tegoż obszaru czasoprzestrzeni statek powraca na swoją macierzystą planetę, która przez okres czasu w którym statek podróżował między wymiarami zmieniła się drastycznie. Jedyne co można zastać na planecie pod grubą warstwą lodu stanowi woda i pozostałości wymarłej ludzkiej cywilizacji. Historię świata odkrywamy dzięki znajdowanych w grze dziennikach pozostawionych przez ludzkość. Nie będę wchodził w szczegóły tychże zapisków aby nie zaspojlerować, muszę jednak zaznaczyć, że fabuła właściwie do końca gry mało mnie interesowała. Nie lubię takiego sposobu prowadzenia narracji – łatwo jest bowiem pominąć jakiś istotny element fabuły pomijając jeden z dzienników. Zakończenie okazało się natomiast zaskakująco dobre jak na produkcję która prowadzi swoją historię w tak mało wyszukany sposób, choć szczegółów oczywiście nie zdradzę.

Samus Aran spotyka Cupheada

Od strony rozgrywki The Aquatic Adventure of the Last Human jest metroidvanią stawiającą duży nacisk na walki z bossami. I tutaj zaczynają się schody. Jakkolwiek oprawa gry szczerze mnie zachwyciła i – poza nieco zbyt małym kontrastem pomiędzy obiektami wchodzącymi w kolizje z naszym statkiem a otoczeniem – nie miałem do niej żadnych zarzutów. Od strony gameplayu nie jest już tak różowo. Zacznijmy od części eksploracyjnej gry, która odgrywa dużą rolę w produkcjach tego typu. Każda dobra metroidvania powinna posiadać ciekawą, złożoną mapę z dużą ilością przejść i obszarów odblokowywanych wraz z postępem gry.  I niestety, mapa gry nie jest ani duża, ani ciekawa. Fakt, znajdują się tam obszary które odblokowujemy dopiero po uzyskaniu konkretnych broni, niestety eksploracja nie należy do mocnych stron produkcji. Świat gry jest po prostu pusty, poza skrzynkami zawierającymi ulepszenia i kilkoma pułapkami służy wyłącznie jako miejsce podróży pomiędzy kolejnymi arenami walki z bossem. Nadaje to grze pewnej monotonii i mocno zaburza balans rozgrywki – zdecydowanie zbyt dużo czasu spędzamy na walce z bossami.

Walki z bossami zostały zaprojektowane bardzo pomysłowo. Każdy z nich posiada zupełnie inny zestaw ruchów i wymaga odmiennej taktyki. W grze spotkamy przeciwników którzy będą od nas wymagali zarówno dużego refleksu podczas walk typu bullet hell, jak i dobrze dobranej strategii ataku. Oponentów do pokonania nie jest dużo, zaledwie kilkanaście, ale jest to rekompensowane przez różnorodność walk. Niestety, walki z bossami, szczególnie pod koniec gry, nie przyniosły mi tyle zabawy co chociażby w Cupheadzie i winnym tego stanu rzeczy jest – moim zdaniem – źle zaprojektowana mechanika otrzymywania obrażeń. Nasz statek po nieudanej próbie uniknięcia ciosu nie tylko otrzymuje bowiem obrażenia reprezentowane przez zmniejszający się pasek życia, jest także odpychany (w większości przypadków) przez pocisk, który go trafił. Brzmi niewinnie, ale podczas wyżej wymienionych sekwencji bullet hell system ten powoduje bardzo dużo frustracji. Po nadzianiu się na taki pocisk nie dość, że nasz statek otrzyma obrażenia, to jeszcze do tego zostanie odepchnięty na nadlatujący z innej strony pocisk, który również zada graczowi cios i go odepchnie. Specyfika tej mechaniki sprawia, że w grze czeka na nas mnóstwo przypadkowych śmierci, wynikających z nieudanego uniku przed ciosem który powinien zbić nam jakieś 20% życia – a przez to, że nasz statek zaczął odbijać się jak wewnątrz wielkiej maszyny do pinballa – ponosimy natychmiastowa śmierć. Porównajmy ten system do Cupheada – tam postać gracza po otrzymaniu obrażeń staje się na ułamek sekundy nieśmiertelna, aby nie wchodzić w dalsze kolizje z lecącym pociskiem i nie zmienia swoje położenia, co dodatkowo nie rozprasza nas przy dalszych próbach kontynuacji walki. Przez taki projekt mechaniki walki z bossami w The Aquatic Adventure of the Last Human mają bardzo nierówny poziom trudności – niektórych można przejść za pierwszym razem, a do tych bardziej wymagających adwersarzy należy wykonać kilkanaście podejść.

Pierwsze przejście gry zajmuje 4-7 godzin w zależności od umiejętności gracza i czasu poświęconego na poszukiwanie rozsianych po świecie gry skrzynek z ulepszeniami. Po pierwszym ukończeniu gry odblokowujemy dwa dodatkowe tryby – Boss Rush, polegający na przechodzeniu kolejnych bossów napotkanych w fabularnej części rozgrywki. Tryb ten zaczynami z kilkoma ulepszeniami na start, zaś pomiędzy każdą z walk możemy dodatkowo wybrać sobie jedną z trzech dostępnych skrzynek z ulepszeniami. Oprócz trybu czysto bitewnego na gracza czeka jeszcze nowa gra plus, po której ukończeniu odblokowywany jest tryb hardcore. Aby rozpocząć zabawę w tym trybie musimy usunąć nasze poprzednie zapisy, a jedna śmierć wystarczy, aby stracić wszystko. Jeśli zatem nie odrzuci was specyficzna mechanika walki, w The Aquatic Adventure of the Last Human możecie bawić się dość długo jak na grę za 10 dolarów.

Choć przez pewne niezbyt dobrze rozwiązane szczegóły mechaniki gra napsuła mi trochę krwi pod koniec, nie uważam że jest to zła produkcja. Przede wszystko jest to pięknie narysowana i udźwiękowiona gra z ciekawym pomysłem na siebie. Pomimo tego, że nie wszystko wyszło tu dobrze uważam The Aquatic Adventure of the Last Human za przyjemnego indyka, którego polecić – z zastrzeżeniami – mogę każdemu, komu spodobał się chociażby Cuphead.

Podobne posty