O rzeczonej grze usłyszałem stosunkowo późno. Właściwie zaledwie w przeddzień otrzymania możliwości zrecenzowania jej. I może to fakt, że byłem „świeżo” po obejrzeniu zwiastunów, a może duże wrażenie płynące z jej wyglądu, ale pewne jest to, że nie wahałem się ani chwili. Jet Kave Adventure ma w sobie to „coś”, co sprawia, że najzwyczajniej w świecie chce się tego spróbować. 

Słowem wstępu… 

Recenzowany przeze mnie tytuł to dzieło ekipy z 7LEVELS. To mało znane studio z siedzibą w Krakowie odpowiadało wcześniej za produkcję innej gry niezależnej na Nintendo Switch – Castle of Heart. Nie słyszeliście? Prawdopodobnie jak zdecydowana większość. Ich najnowsze dzieło uderza jednak w zupełnie inne klimaty, choć podobnie do poprzedniczki, jest platformówką z perspektywą 2.5D – tła robią wrażenie, ale o tym nieco później. 

W produkcji wcielamy się w dość stereotypowego (pod względem wyglądu) jaskiniowca o imieniu Kave, który wyposażony w znaleziony plecak odrzutowy, chce powstrzymać przybyszów z kosmosu przed… Wywołaniem kontrolowanej erupcji wulkanu! Kosmici potrzebują jej, aby wydobyć paliwo, które pozwoli im wrócić do domu. Uniemożliwienie im tego da naszemu protagoniście szansę ponownie wkupić się w łaski plemiennej starszyzny, albowiem ta wygnała go z wioski. 

Twórcy oddali w nasze ręce 36 poziomów.

A wszystkie podzielono na cztery różnorodne „światy” (w każdym po 9 etapów). Czy to dużo? Musicie ocenić sami, choć za cenę 79 złotych można liczyć na nieco więcej. Każdy przechodzi się całkiem szybko i właściwie wypada to świetnie na przykład w komunikacji miejskiej – włączyć, zaliczyć konkretny level, wyłączyć i schować konsolkę. W takim trybie można nawet nie odczuć tego, jak jest krótka. W innym wypadku to przygoda na jeden, maksymalnie dwa wieczory. 

Na spory plus zasługuje multum mechanik, jakie zastosowano w Jet Kave Adventure. To, w parze z mnogością poziomów i ich typów (etapy klasyczne, ucieczki, walki z bossami, latanie na lotni itd.), daje poczucie dużej różnorodności. I wyjątkowo dobrze działa, gdy odpalimy grę na dłuższe posiedzenie. Zapobiega znużeniu, a przy tego typu produkcjach to wyjątkowo ważne. 

Już nie mobilka i jeszcze nie duża gra

Czytając opinie ludzi pod materiałami z Jet Kave Adventure, bardzo często napotykałem komentarze, iż wygląda jak produkcja mobilna. Cóż, początkowo też odnosiłem takie wrażenie i być może płynie ono z tego, że trzeba ją poczuć samemu. Zdecydowanie nie określiłbym tego tytułu jako „mobilka”, albowiem jest czymś więcej. Jak zaznaczyłem w tym podtytule, nie jest to też jeszcze poziom pełnoprawnej, rozbudowanej gry, ale plasuje się gdzieś pośrodku. Zarówno pod względem tego, jak wygląda oraz samej płynności działania i ogromnej liczby możliwości.

Muszę niestety wspomnieć o kilku niedociągnięciach. Zdaję sobie sprawę, że ciężko jest je wszystkie wyeliminować, będąc małym studiem, ale jednak dziennikarski obowiązek nie pozwala mi tego przemilczeć. Kilka razy blokowałem się albo wpadałem w ścianę. Pierwszy raz miało to miejsce w poziomie 1-6. Skutkuje to koniecznością wyjścia do menu głównego gry i rozpoczęcia etapu od nowa. Nie jest to przesadnie upierdliwe, ponieważ jak już wspomniałem, poszczególne plansze są raczej zabawą na kilka (no, może kilkanaście) minut. 

Aspekty audio-wizualne

Ten temat zmuszony jestem rozbić na dwa. Po pierwsze strona wizualna gry, a po drugie audio. Jeśli chodzi o grafikę, to nie można twórcom zarzucić absolutnie niczego. Tytuł wypada znakomicie i czasem ciężko uwierzyć, że jest to robota małego, niezależnego studia. Głębia tła, którą uzyskano przy użyciu perspektywy 2.5D robi świetną robotę i sprawia, iż można odnieść wrażenie, że plansze są znacznie większe, niż w rzeczywistości. Doskonale czuć klimaty „kreskówkowej” prehistorii i do mnie to trafia. Uwielbiam tego typu produkcje, bo nawet za kilka lat ciężko będzie napisać, że się zestarzały – wiecie, coś jak animacje Pixara.

Nieco inaczej wygląda sprawa ścieżki dźwiękowej. Ta, w przeciwieństwie do elementów wizualnych, nie trafiła do mnie prawie wcale. Muzyka jest, ale właściwie mogłoby jej nie być. W żaden sposób nie wpływa na klimat, choć to oczywiście czysto subiektywna opinia. Jak dla mnie, twórcy mogliby zwrócić na nią nieco więcej uwagi. Coraz częściej dostrzegamy dziś przecież, jak duże znaczenie ma ona w przypadku gier platformowych. Niekiedy potrafi wznieść doznania płynące z rozgrywki na zupełnie nowy poziom.

Odrzutowa prehistoria

Reasumując, Jet Kave Adventure nie jest w żadnym wypadku tytułem przełomowym. Nie wyznacza nowych trendów w gatunku, ani nie przynosi rewolucji. W zasadzie nie zostawia konkurencji w tyle, a sama jest gdzieś w środku peletonu.

Czy jest to więc zły tytuł? Bynajmniej! Ja bawiłem się przednio i nie żałuję ani jednej minuty spędzonej w produkcji. To czysta, niezobowiązująca przyjemność, która idealnie trafi do fanów klasycznych gier platformowych. Jeśli miałbym przyrównać ten projekt do innego, bardziej znanego, to chyba najlepiej byłoby pójść w kierunku Donkey Konga. Taka nieco uboższa wersja jednego z klasyków od Nintendo.

Na koniec, czy polecam zakupić Jet Kave Adventure? Cóż, jeśli jesteście tymi amatorami klasycznych platformówek z perspektywy bocznej, o których wspomniałem wyżej, to będziecie się dobrze bawić. Jeżeli jednak zwyczajnie lubicie takie gry i szukacie „zabijacza” czasu do komunikacji miejskiej – poczekajcie na promocję. W tym momencie to jednak wydatek rzędu prawie 80 złotych, a biorąc pod uwagę ile zawartości otrzymujemy w zamian, powiedziałbym, że połowa tej ceny byłaby adekwatna. Niemniej, studio idzie w dobrym kierunku!

O prehistorii, neandertalczykach i odrzutowcach. Jet Kave Adventure – recenzja na Nintendo Switch
plusy
  • Niezobowiązująca rozgrywka
  • Śliczna, klimatyczna warstwa wizualna
  • Multum mechanik
minusy
  • Bezpłciowa ścieżka dźwiękowa
  • Sporadyczne bugi w grze
  • Nieco zbyt wysoka cena
7.5ocena