Dziś prawdziwych wikingów już nie ma. Ale mimo iż ostatni drakkar z brodatymi wojami na pokładzie wypłynął w morze całe wieki temu, ich łupieżcze wyprawy nie ustają. Funkcjonujący w naszej wyobraźni nordyccy zdobywcy, obrali bowiem za cel kulturę masową i, z właściwym sobie bojowym zapałem, wyrąbują w niej niszę dla siebie. Na temat wojowników północy powstają książki, filmy, seriale, komiksy… i oczywiście gry. Jeśli chodzi o tę ostatnią kategorię, można śmiało powiedzieć, że ostatnie lata są dla wikingów szczególnie hojne. W zeszłym roku światło dzienne ujrzała niezależna gra akcji Jotun oraz Valhalla Hills, duchowy następca znanej i lubianej serii Cultures. Niedawno, bo zaledwie dwa miesiące temu, mieliście okazję przeczytać recenzję The Banner Saga 2, udanej gry RPG. Na rok 2017 zapowiedziano zaś premiery tytułów takich jak Eitr, Northgard, Die With Glory czy Norse Noir: Loki’s Exile.

Pośród tych wszystkich pozycji swoje miejsce próbuje wywalczyć Niffelheim, dzieło powstałego w 2013 roku, trzyosobowego studia Ellada Games. Wspomniana produkcja jest dwuwymiarowym RPG z otwartym światem, a przy jej tworzeniu inspirowano się m.in. niezwykle popularną serią fantasy Pieśń lodu i ognia G. R. R. Martina oraz tytułami takimi jak Terraria i cykl The Elder Scrolls. Obecna udostępniona wersja gry oznaczona jest numerem 0.9.2. Jak wypadła moja podróż do krainy nordyckich mitów? Zapraszam do recenzji.

Nordic walking.
W świat gry wprowadza nas klimatyczne intro. Historia głównego bohatera recenzowanej pozycji, zaczyna się tam, gdzie historie innych zazwyczaj się kończą. Jesteśmy świadkami tradycyjnego rytuału pogrzebowego wikingów; płonąca łódź z ciałem protagonisty na pokładzie odpływa w stronę morza. Duszy zmarłego wojownika nie jest jednak dane dotrzeć do Walhalli. Płomienie mające strawić jego szczątki gasi zimny wiatr, a sam statek rozbija się na skutym lodem wybrzeżu krainy umarłych – tytułowego Niffelheimu. Heros zostaje porwany przez upiory, które mają względem niego pewne poważne plany – i tylko od decyzji gracza zależy, czy posłusznie wypełnimy polecenia naszych oprawców, czy też sprzeciwimy się im i staniemy do nierównej walki z siłami ciemności.

Rozpoczynając zabawę możemy wybrać między trybem dla jednego lub wielu graczy. Później decydujemy się na jedną z czterech lokacji startowych, które otaczają zajmujące centralną część mapy, miasto świątynne. Ostatecznie lądujemy przed niewielką fortecą, pełniącą rolę naszego schronienia i bazy wypadowej. Niestety, w grze nie uświadczymy żadnego samouczka, który objaśniałby tajniki rozgrywki. Od początku jesteśmy pozostawieni samym sobie, a naszym jedynym źródłem informacji na temat otaczającego świata i celów, jakie przed nami stoją, są zdawkowe wiadomości otrzymywane  od upiorów. To spory minus, ponieważ Niffelheim do najłatwiejszych gier nie należy. Często wystarczy jeden nieostrożny krok, by sprowadzić na siebie zagrożenie, co czyni samodzielną eksplorację dość ryzykowną.

Prawdopodobnie najbardziej irytującym elementem gry jest sama postać głównego bohatera, a konkretnie jej mobilność. Wiking, którego poczynaniami kierujemy, przemieszcza się bowiem bardzo wolno. Przejście z jednego końca mapy na drugi zajmuje stanowczo zbyt dużo czasu, a rutynowe krążenie między fortecą a złożami surowców na powierzchni, szybko staje się utrapieniem. Dodatkowo na prędkość protagonisty mają wpływ czynniki pogodowe. Oznacza to, że przy silnym wietrze nasz bohater będzie szedł zdecydowanie wolniej niż zwykle – i, co zabawne, nie ma tutaj znaczenia, czy wiatr wieje mu w twarz, czy w plecy. Apogeum swojej ślimaczej prędkości osiąga zaś wtedy, gdy jest bliski śmierci. Dojście do fortecy zajmuje wtedy nawet kilkanaście minut, co może doprowadzić nawet najbardziej cierpliwego gracza do białej gorączki. Często lepiej jest pozwolić naszemu wojowi zginąć i odrodzić się w pełni sił, niż wracać ciężko rannym do kryjówki.

Podstawową strukturą w grze jest nasza forteca. Tworzą ją trzy poziomy: przyczółek na powierzchni, podziemne warsztaty i kopalnia. Każde z tych miejsc oferuje inne możliwości, np. budowę fortyfikacji, hodowlę zwierząt, crafting przedmiotów czy wydobycie kopalin. Rozbudowywanie siedziby przypomina nieco system znany z gry Bastion; zebrane surowce przeznaczamy na konkretne „moduły”, takie jak tartak czy browar. Należy pamiętać o tym, by  jak najwcześniej zainwestować w mury obronne, chroniące naszą siedzibę przed najazdami wrogów – jej zniszczenie jest równoznaczne z porażką. Co się tyczy kopalni, mechanika górnictwa pozostawia wiele do życzenia – po prostu rozbijamy kolejne kamienne ściany, zbieramy wylatujące z nich surowce i, od czasu do czasu, tworzymy przejścia na niższe piętra. Nie uświadczymy tutaj swobody znanej chociażby z Terrarii. Prawdopodobnie aby urozmaicić żmudny proces wydobycia, twórcy gry wzbogacili podziemne tunele o przeciwników, pojawiających się w miarę naszych postępów w kopaniu. W moim odczuciu zupełnie to nie wypaliło – zwykła wyprawa po surowce każdorazowo wiąże się z nużącym tłuczeniem szczurów i szkieletów.

Jak nietrudno się domyślić, zbieranie surowców to  jeden z podstawowych elementów rozgrywki w Niffelheim. Otaczające naszą kryjówkę lasy, obfitują w różnorodną faunę i florę, pod ziemią zaś znaleźć można cenne kopaliny. Problemem jest jednak to, że żaden z tych obiektów nie został w świecie gry opisany. Jeśli najedziemy na źródło zasobów kursorem, to tylko zmieni on kolor, dając nam tym samym do zrozumienia, że można podjąć jakąś interakcję ze wskazaną rzeczą. Dopiero po jej zebraniu i obejrzeniu w ekwipunku możemy dowiedzieć się, czym właściwie jest i jaką pełni rolę. Wymusza to na graczu konieczność zapamiętywania właściwości poszczególnych elementów otoczenia. Drażliwą kwestią jest również fakt, że wystarczy zaledwie kilkanaście minut, by ogołocić mapę z większości materiałów. Wyczerpane złoża po pewnym czasie się odnawiają, jednak i tak często czeka nas prawdziwy ekonomiczny kryzys, podczas którego chodzimy bez celu po okolicy, czekając na respawn potrzebnych nam surowców.

Warto zwrócić uwagę, że świat gry obfituje w różnego rodzaju interaktywne elementy i ciekawostki. Wędrując przez leśne ostępy, możemy natrafić chociażby na paleniska umożliwiające przygotowanie strawy, opuszczone obozowiska z pozostawionymi łupami czy też wrota prowadzące do podziemnych krypt i tuneli. Niestety, spora część z nich nie jest aktywna w obecnej wersji recenzowanej produkcji, o czym informuje nas stosowny komunikat, pojawiający się na ekranie za każdym razem gdy wejdziemy do jeszcze nieukończonego obszaru.

Dochodząc do krawędzi mapy mamy możliwość odwiedzenia jednej z sąsiednich lokacji, w tym miasta świątynnego, które w przyszłości będzie prawdopodobnie stanowić serce społeczności Niffelheim. Póki co nie oferuje ono zbyt wielu ciekawych rzeczy. Znajdziemy w nim m.in. sklep, gdzie wydamy zgromadzone złoto na cenne przedmioty oraz kaplicę, umożliwiającą przeprowadzenie magicznego rytuału. Ciekawostką jest arena, w ostatecznej wersji gry mająca pełnić rolę terenu do walk PVP.

Na swojej drodze nasz wiking może napotkać całkiem pokaźną rzeszę nie do końca przyjaznych istot, które z dużym prawdopodobieństwem doprowadzą go do zguby. Zasada jest prosta – im dalej zapuścimy się w las lub w głąb ziemi, tym potężniejszych napotkamy przeciwników. Nieco smuci to, że spora część z nich ma raczej niewiele wspólnego z nordycką mitologią – o ile wilki, dziki, niedźwiedzie i inne dzikie zwierzęta można jeszcze zaakceptować, tak kilka rodzajów ożywionych szkieletów to już casual w najczystszej postaci. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że w ostatecznej wersji gry znajdzie się znacznie bardziej zróżnicowany i nawiązujący do wierzeń wikingów bestiariusz.

Walka jest szczególnie niedopracowanym elementem recenzowanej produkcji. Starcia z wrogami sprowadzają się do tak długiego klikania na nich, aż w końcu zginą. O ile w produkcjach typu hack’n’slash taki sposób mordowania oponentów sprawia frajdę, tak w Niffelheim po dłuższym czasie staje się zwyczajnie nużący. Nie czuć siły ciosów – niezależnie od tego, czy bijemy wroga kijem pasterskim czy potężnym toporem, wygląda to tak samo. Prawdziwe rozczarowanie czeka nas jednak podczas korzystania z łuku i tarczy. Ten pierwszy jest bronią dystansową tylko z definicji – odznacza się wręcz żenująco krótkim zasięgiem. Aby trafić wroga, musimy do niego podejść na odległość kilku metrów. Z kolei podpięta domyślnie pod prawy przycisk myszki tarcza stanowi wyłącznie ciekawostkę, ponieważ w żadnym stopniu nie blokuje ciosów.

Niffelheim to gra, w której giniemy praktycznie co chwilę. Starcie ze zwykłym wilkiem potrafi odebrać naszej postaci połowę paska żywotności. Ponieważ utracone punkty życia nie podlegają regeneracji, jesteśmy zmuszeni korzystać z przedmiotów uzdrawiających. Niestety, nie ma ich zbyt wiele i w większości cechuje je minimalna skuteczność. W przypadku śmierci tracimy kilka sztuk złota z sakiewki i odradzamy się jako duch w pobliżu fortecy. Wówczas musimy tylko dotrzeć do naszego ciała, by powrócić do życia (zakładając, że zginęliśmy na powierzchni – jeśli zostaliśmy zabici w podziemiach, zwłoki wikinga znajdziemy niedaleko kryjówki). Problem pojawia się, gdy w pobliżu trupa stoi istota odpowiedzialna za nasz zgon. Wówczas może dojść do istnej „pętli śmierci” – powracający do życia protagonista zostaje natychmiast zaatakowany, traci zdrowie i ponownie ginie. Jest to sytuacja irytująca i, niestety, wcale nie tak rzadka.

Głównym źródłem złota są otrzymywane od upiorów misje. Próżno w nich jednak szukać jakiejkolwiek oryginalności. Nie licząc zadania głównego, którym jest zdobycie i uaktywnienie pewnego smoczego artefaktu, większość z questów przebiega według schematu: „Zbierz X surowców, a otrzymasz X innych surowców i X monet”. Sytuacji nie poprawia to, że nagrody za wypełnienie misji są najczęściej nieadekwatne do wkładu własnego. Przykładowo, jedno z pierwszych zadań polega na ścięciu kilku drzew i zebraniu drewna, które jest w Niffelheim wyjątkowo cennym surowcem, wykorzystywanym podczas konstruowania budynków i w craftingu. W zamian otrzymujemy trochę złota i dwa bochenki przywracającego życie chleba, z których prawdopodobnie i tak nie skorzystamy, biorąc pod uwagę fakt, że śmierć w recenzowanej grze jest zwyczajnie bardziej opłacalna niż leczenie postaci.

W Niffelheim występuje system rozwijania umiejętności podobny do tego znanego m.in. z cyklu The Elder Scrolls. Wykonując jakąś czynność, np. ścinając drzewa czy walcząc mieczem, zdobywamy doświadczenie w powiązanej z nią profesji. Pozwala nam to później odblokować magiczne pieczęcie, dające naszej postaci wymierne korzyści. Nie sposób jednak nie odnieść wrażenia, że ten element nie przekłada się w większym stopniu na rozgrywkę i stanowi mało istotny dodatek.

Mroczne wieki
Grafika zdecydowanie jest najmocniejszą stroną recenzowanej pozycji. Ręcznie malowane lokacje zachwycają mnogością szczegółów i mroczną atmosferą rodem z ponurych nordyckich sag. Za oprawę odpowiedzialny jest sam założyciel studia Ellada Games, Eduard Arutyunyan, i trzeba przyznać, że wykonał kawał dobrej roboty – można zaryzykować stwierdzenie, że Niffelheim jest obecnie jedną z najładniejszych gier 2D na rynku. Nie ma jednak róży bez kolców. Ponieważ niemal wszystkie elementy świata gry utrzymane są w jednakowej stylistyce, często mamy problem z odróżnieniem interaktywnych obiektów od otoczenia. Boli to zwłaszcza w przypadku wszechobecnych skarbów i stosów broni, które aż proszą się o zebranie – są tylko dekoracją. Wszystkie lokacje startowe (Prastary Kurhan Niedźwiedzi, Las Jednookiego Wilka, Pustkowie Lodowego Smoka i Trzęsawisko Pustynnego Orła) wyglądają identycznie, jednak twórcy gry zapowiadają, że w przyszłości każda z nich będzie wyróżniać się unikalną strukturą i klimatem. Należy również wspomnieć o mieście świątynnym, które pod względem stylu wyraźnie odstaje od innych obszarów. Jest ukazane wręcz casualowo i raczej nie budzi skojarzeń z siedzibą złowrogich upiorów. Modele postaci są dość nierówne, i o ile nasz protagonista wygląda świetnie, tak niektórzy jego przeciwnicy, chociażby szkielety, prezentują się raczej średnio. Jeśli chodzi o interfejs, to nie mam co do niego zastrzeżeń. Najważniejsze okienka ukryto pod przyciskami w górnych rogach ekranu, dość dużymi, jednak nie na tyle, by przeszkadzać w rozgrywce. Niffelheim posiada polską wersję językową, która co prawda nie zawiera zbyt wielu błędów, ale sprawia wrażenie mało profesjonalnej i niedopasowanej klimatem do samej gry.

Na dużą pochwałę zasługuje oprawa dźwiękowa Niffelheim; wycie chłodnego wiatru, odgłosy dzikich zwierząt i potworów czy hałasy dobiegające z warsztatów doskonale budują atmosferę gry. Podczas zabawy towarzyszy nam nastrojowa, mroczna muzyka, wzmagająca poczucie osamotnienia. W menu głównym natomiast rozbrzmiewa podniosły utwór, wzbogacony pięknym kobiecym wokalem, sprawiający wrażenie żywcem wyrwanego z filmu o przygodach nordyckich łupieżców.

Podsumowanie
Piękna grafika i dźwięk nie wystarczą, by nadać grze miano udanej. Względem Niffelheim miałem spore oczekiwania. Nie powiem, że jestem zawiedziony, jednak uważam, że Ellada Games czeka jeszcze sporo pracy w dopieszczaniu swojego dzieła. Chociaż pod względem samej rozgrywki recenzowana pozycja lekko kuleje i nie prezentuje niczego innowacyjnego, to jednak wyróżnia się ciekawą fabułą, światem przedstawionym oraz oprawą audiowizualną. A że jej twórcy, jak sami zaznaczają, są otwarci na wszelkie opinie i pomysły, być może ostateczna wersja gry będzie naprawdę wartym uwagi tytułem, pozwalającym spędzić kilka miłych chwil w krainie nordyckich mitów.