Ludzie mają różne marzenia i ambicje. Niektórzy pragną tego, by na całym świecie panował pokój i miłość. Inni pokładają wiarę w rozwój nauki i oczami wyobraźni widzą naszą cywilizację kolonizującą odległe galaktyki. Jeszcze inni w imię swoich ideologii chcieliby wykorzenić wszystko, co jest z nimi niezgodne. A są też tacy, którym po prostu marzy się sparowanie kraba z krową i zobaczenie na własne oczy owocu takiego „związku”. Jeśli zaliczacie się do tej ostatniej grupy, to mam dla Was dobrą wiadomość. Gra Hybrid Animals autorstwa FamishedMammal, wydana przez Abstract Software pozwoli częściowo zrealizować Wasze chore plany w całkowicie bezpiecznym wirtualnym środowisku, w którym nie ucierpi żadne żywe zwierzę. Dlatego też, jeśli zawsze marzyliście o tworzeniu fantazyjnych hybryd (albo zainteresowaliście się tematem po lekturze tego krótkiego wstępu), to nie pozostaje mi nic innego jak zaprosić Was do lektury recenzji.

Has science gone too far?

Hybrid Animals to nieskomplikowany sandbox, którego formuła opiera się na tworzeniu fantastycznych kreatur poprzez łączenie ze sobą różnych zwierząt (i nie tylko zwierząt, ale o tym potem).  Hybrydy możemy wypróbować w warunkach bojowych, stając do walki z innymi graczami w jednym z licznych trybów multiplayer. Dodatkowym elementem zabawy jest wbudowany w grę edytor, pozwalający konstruować nowe stworzenia, które następnie staną się „częściami składowymi” naszych mieszańców. Można więc odnieść wrażenie, że Hybrid Animals zapewnia całkiem zróżnicowaną rozgrywkę. Jednak czy wszystkie z wymienionych „cegiełek” są równie dobre?

Zacznijmy od trybu Creature Lab, czyli swoistego warsztatu, w którym przyjdzie nam „składać” nowe zwierzęta do biblioteki. Oczekujecie swobody tworzenia rodem ze Spore? Niestety, dodzwoniliście się pod niewłaściwy adres. Jeśli edytor Spore można porównać do pudełka plasteliny, to ten z Hybrid Animals jest reklamówką niskiej jakości klocków kupionych na ruskim targu od jakiegoś podejrzanego jegomościa. Skrajnie nieintuicyjny i niewygodny, zamiast sprawiać przyjemność – wywołuje frustrację. Podstawę w nim stanowi system suwaków, którymi manipulowanie pozwala na zmianę wielkości, kąta nachylenia, koloru oraz innych parametrów figur będących częściami składowymi naszej istoty. Trudność takiego rozwiązania sprawia, że stworzenie w edytorze zwierzaka, który będzie miał ręce i nogi (dosłownie) graniczy niemal z cudem. Jakby tego było mało, nawet jeśli już uda nam się zaprojektować coś satysfakcjonującego, to i tak nie mamy gwarancji, że nasze dzieło zostanie zapisane w bibliotece; wykonane przeze mnie testowe stworki po ponownym uruchomieniu gry z niewiadomych przyczyn po prostu przepadły. Ten błąd połączony z toporną obsługą edytora sprawia, że „zabawa” w nim to zwyczajnie próżny trud.

Znacznie lepiej wypada tryb Experiment, w którym tworzymy hybrydy – creme de la creme recenzowanej produkcji. Do naszej dyspozycji oddano ponad 50 różnych „obiektów badawczych”, które możemy łączyć ze sobą, uzyskując fantazyjne wręcz rezultaty. Należy wspomnieć, że oprócz zwierząt znajdziemy tutaj także byty nieco bardziej nietypowe, takie jak choćby ożywiony widelec, hamburger czy nawet… Święty Mikołaj. Ich obecność stanowi tylko dodatkową motywację do eksperymentowania. I to właśnie tutaj tkwi siła recenzowanej pozycji – tryb Experiment, pozornie prosty w swojej formule, wciąga niczym bagno. Na pewno wielu z Was kojarzy syndrom „jeszcze jednej kolejki”, załączający się podczas ogrywania różnych gier turowych. W Hybrid Animals możemy doznać czegoś podobnego: syndromu „jeszcze jednej hybrydy”. Trudno oderwać się od zabawy, kiedy mamy tyle możliwych kombinacji do odkrycia! Każde nasze dzieło łączy w sobie cechy wyglądu „rodziców”, posiada własną losowo wygenerowaną nazwę (najczęściej humorystyczną) oraz zestaw statystyk (obrażenia, zdrowie, szybkość), które opisują sprawność mieszańca w boju. Złożenie istoty odznaczającej się przyzwoitymi parametrami można potraktować jako dodatkowy cel, jeśli jednak ktoś liczy na to, że zdoła stworzyć jeden uniwersalny build to jest w błędzie. W grze zaimplementowano bowiem dość ciekawe rozwiązanie: mianowicie statystyki naszych hybryd resetują się o północy. Oznacza to, że codziennie musimy od nowa eksperymentować, by znaleźć kombinację obdarzoną satysfakcjonującymi nas cechami. Dobry pomysł czy może sztuczne i niepotrzebne przedłużanie zabawy? Ocenę pozostawiam Wam.

Okej, stworzyliśmy już „wykokszoną” hybrydę, pora więc przetestować ją w boju. W Hybrid Animals nie uświadczymy niestety trybu dla jednego gracza – jest tylko multiplayer, gdzie zmierzymy się z innymi w jednym z 7 typów meczów. To znaczy, zmierzymy się najprawdopodobniej tylko w teorii. W praktyce bowiem recenzowana produkcja cierpi na przypadłość charakterystyczną dla innych gier w early access: lobby świeci pustkami. Na potrzeby niniejszej recenzji założyłem mecz w trybie deathmatch i dopiero po blisko półgodzinnym czekaniu, rozpocząłem zabawę – z trójką graczy i botem na mapie, przy czym jeden z oponentów uciekł już niemal na samym początku gry. Nie wygląda to za dobrze. Za dobrze nie wygląda też sama rozgrywka, którą mógłbym określić jako skrajnie niezbalansowaną i chaotyczną. Akcję obserwujemy zza pleców naszego podopiecznego (sic!), co już samo w sobie jest dziwne w przypadku trybu nastawionego na walkę dystansową. Niestety, im dalej w las, tym więcej drzew. Postacie są bardzo małe i przemieszczają się z zawrotną prędkością, co sprawia, że trafienie we wroga graniczy z cudem. W pewnym momencie zupełnie przestałem bawić się w celowanie i po prostu zacząłem naparzać mniej więcej w kierunku rywali z nadzieją, że moje pociski ich dosięgną. Sytuacji nie ratuje fakt, iż korzystanie z różnych broni porozsiewanych po mapie w większości przypadków sprowadza się do dwóch czynności: wymierzenia w stronę oponenta i wystrzału. Brakuje tutaj pewnego „wyspecjalizowania” pukawek, przystosowania ich do konkretnych sytuacji. Na chwilę obecną niezależnie od tego, czy walimy do przeciwnika z łuku czy z wyrzutni rakiet, działa to niemal identycznie i daje podobne efekty. Absolutnym nieporozumieniem są zaś gadżety do walki w zwarciu. Co z tego, że moja hybryda znalazła jakiś boski miecz, skoro wbicie go w nerkę pędzącego niczym wyścigówka rywala graniczy z cudem?

Po tej fali krytyki z mojej strony wypadałoby napisać też coś pozytywnego. Mimo tego, iż mecz w którym brałem udział, bardziej przypominał potyczkę dzieci prujących do siebie z kupionych na odpuście kapiszonowców niż deathmatch, to jednak nie mogę powiedzieć, że sama formuła rozgrywki jest zła. Wręcz przeciwnie, na pewno niektórzy gracze przymkną oko na niuanse i będą się dobrze bawić, gnając po planszy i naparzając do rywali (o ile oczywiście jakichś znajdą). Dostrzec można tutaj pewien pomysł, którego wykonanie na chwilę obecną mocno kuleje, jednak w przyszłości ma szansę przeistoczyć się w coś całkiem zjadliwego. A ponieważ gra jest obecnie na bardzo wczesnym etapie rozwoju to możemy przypuszczać, że autor przed wypuszczeniem ostatecznej wersji ,dokona stosownych poprawek w trybie wieloosobowym.

Ni pies, ni wydra

Hybrid Animals zbudowane zostało na silniku Unity. Pod względem graficznym prezentuje typową średnią półkę – nie ma co liczyć na wizualne fajerwerki. Estetyka gry jest niezwykle prosta, a jej podstawę stanowią popularne ostatnimi czasy wielokąty. Zarówno postacie, jak i mapy w trybie wieloosobowym zbudowane są z kolorowych figur i klocków. Nie sprawiają one jednak wrażenia tak topornych, jak chociażby te znane z Minecrafta i można nawet zaryzykować stwierdzenie, że są dość miłe dla oka. Niestety, nie mogę powiedzieć tego samego o ubogich efektach specjalnych: kiepskim oświetleniu, „płaskich” wybuchach czy krwi, która w grze pojawia się pod postacią charakterystycznej czerwonej mgiełki. Co prawda w ferworze walki gracz raczej rzadko zwraca uwagę na takie elementy, jednak zdecydowanie można było je zrobić lepiej. Wiele do życzenia pozostawia także niedopracowany system kolizji. Hybrydom zdarza się przenikać przez tekstury (co może doprowadzić nawet do wypadnięcia z mapy) oraz blokować na przeszkodach terenowych, przez co kończą jako łatwy łup dla rywali. I chociaż takie sytuacje są raczej sporadyczne, to jednak należy być świadomym możliwości ich wystąpienia.

Oprawa muzyczna jest w grze obecna – i nie zachwyca. O ile towarzyszący nam podczas eksperymentowania spokojny ambientowy utwór wypada całkiem znośnie, o tyle podczas rozgrywki w trybie wieloosobowym w tle od czasu do czasu przygrywa jeden i ten sam bitewny kawałek, który szybko staje się irytujący. Na szczęście skutecznie zagłuszają go odgłosy walki: wystrzały, huki, warkot piły łańcuchowej… Większość dźwięków jest mało realistyczna i przerysowana, dzięki czemu doskonale wpasowuje się w lekki klimat gry. Nie ma jednak wątpliwości, że to odpowiednia muzyka jest czymś, co buduje nastrój i zagrzewa do boju – a takiej tutaj zwyczajnie nie uświadczymy.

Podsumowanie

Hybrid Animals to gra sprzeczności – z jednej strony bardzo sympatyczny tryb Experiment, przy którym można spędzić kilka naprawdę miłych chwil, z drugiej – skrajnie niewygodny Creature Lab i niedopracowany, świecący pustkami multiplayer. Pytanie brzmi: czy warto płacić za jeden dopracowany element w zestawie z dwoma ułomnymi? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Niewątpliwie jednak recenzowany tytuł zasługuje na uwagę. Jego twórca zapowiedział załatanie błędów, poprawienie optymalizacji, wprowadzenie edytora map oraz nowego trybu Wilderness, w którym nasze hybrydy będą zwiedzać rozległy otwarty świat i wykonywać różnorakie misje. Czas pokaże, czy to realne obietnice, czy może zwykłe obiecanki cacanki; w końcu produkcji, które utknęły w early access jest bez liku. Szkoda, żeby Hybrid Animals skończyło jak one, bo jest to gra z potencjałem. Wszystko w rękach autora – liczę, że da z siebie wszystko i uczyni swoje dzieło atrakcyjną i udaną „hybrydą”.