Od czasów Freedom Fighter, trzecioosobowej strzelanki wyprodukowanej w 2003r. przez zespół IO Interactive brakowało mi dobrych gier w klimatach partyzanckich. Tematykę podejmowały jeszcze inne studia – Turning Point: Fall of Liberty od Spark Unlimited, czy Enemy Front stworzone przez londyński oddział City Interactive nie powalały – a wspomniane wyżej Freedom Fighters przez kolejne lata pozostawało na moim osobistym podium gier w tematyce walki o wolność, również po premierze pierwszej części Homefront w 2011r. Wszystko miało się zmienić wraz z premierą Homefront: The Revolution, a kolejne trailery gry wywoływały coraz większe wypieki na twarzach graczy (i moich!) czekających na produkcję od Dambuster. Czy było warto czekać? Zapraszam do zapoznania się z tekstem dotyczącym gry w wersji na PS4. Postanowiłem skupić się tutaj tylko na grze jednoosobowej – multiplayer omówimy szczegółowo w kolejnej, osobnej recenzji.

Gra Anglików kontynuuje wątek hipotetycznego konfliktu pomiędzy USA i Koreą Północną. Cztery lata od momentu rozpoczęcia okupacji Stanów Zjednoczonych, coraz silniejsze ogniska ruchu oporu przygotowują ostateczną rewolucję, wymierzoną przeciwko azjatyckiemu agresorowi, który wykorzystując niestabilną sytuację w USA wkraczył do kraju z wątpliwą misją humanitarną. Przenosimy się na ulice doszczętnie zniszczonej i okupowanej Filadelfii, gdzie jako członkowie miejscowej partyzantki spróbujemy pokrzyżować plany wrogowi. Brzmi interesująco?

Niestety, tylko brzmi. W praktyce historia opowiedziana z perspektywy niemego, głównego bohatera nie dość że jest schematyczna i przewidywalna to jest zwyczajnie nudna. I mógłbym na tą opowieść spojrzeć mniej krytycznym okiem, wszak w strzelankach największy fun ma sprawiać strzelanie, prawda? Parcie przed siebie i skuteczna eliminacja jak największej ilości wrogów jednocześnie wykonując cele postawionego przed nami zadania – tak, to jest to, co lubię. Niestety i tego nie znalazłem w Homefront: The Revolution. Przejmowanie kolejnych stref będących pod okupacją koreańczyków, ciągłe ulepszanie broni i wyposażenia początkowo sprawia dobrą zabawę – możemy nie tylko dodawać kolejne elementy do śmiercionośnych zabawek, ale również przebudowywać je niemal od podstaw, to niestety po kilku godzinach gry jesteśmy w stanie maksymalnie ulepszyć swój oręż, a walka w strefach staje się przykrym i nudnym obowiązkiem pchającym tylko fabułę do przodu. Zadania dodatkowe, misje poboczne? Są. Równie dobrze mogłoby ich nie być, bo sprawiają tyle samo frajdy co obieranie ziemniaków i klepanie kotletów w niedzielny poranek. Kolejny raz nuda.

Dambuster postanowiło tutaj również wykorzystać tak popularny ostatnio i kochany przez wielu graczy otwarty świat – szkoda, że również tylko teoretycznie. Tak jak i Marcin, wspominający o tym w swojej recenzji Mirrors Edge: Catalyst, tak i ja nie jestem fanem wpychania na siłę otwartego świata do każdej z produkcji. Bo albo twórcy zrobią to dobrze (Rockstar ze swoją serią Grand Theft Auto, czy CD Projekt RED z Wiedźminem 3) albo pozornością dużych otwartych map psują moje ogólne wrażenie z rozgrywki. Osobiście niestety nie uznaję półśrodków – a takie zostały zastosowane w tym wątpliwym dziele gamedevu. Miasto Filadelfia, w którym rozgrywa się akcja, podzielona została przez dewelopera na zamknięte i osobne sektory. Po każdym z nich możemy poruszać się niby w pełni swobodnie, robić co chcemy i jak chcemy wykonując zadania główne i poboczne. Niestety nie czujemy swobody zapowiadanej głośno przez twórców. Może dlatego że sektory są zwyczajnie za małe i ciasne, a każdy ze strategicznych punktów na mapie dzieli odległość może kilkudziesięciu metrów? W jednym z pierwszych gameplay trailerów gry mogliśmy zobaczyć ucieczkę na motorze – i o ile na pokazanych materiałach przedpremierowych wyglądało to conajmniej efektownie, stwierdzam że nie da się tym jeździć – i nie z powodu kiepskiego prowadzenia się pojazdu, a… ogromnych problemów z płynnością rozgrywki.

No własnie. Ja naprawdę nie jestem wymagającym graczem. Aby oderwać się od codziennej szarej rzeczywistości potrzebuję pada, i w miarę ciekawej rozgrywki – grafika zawsze umyka gdzieś na drugi plan. Fakt, czasem fajnie jest popatrzeć na ładne scenerie, dopracowane mapy i tekstury w dużej rozdzielczości, ale jeśli gra chociażby nadrabia gameplayem – już jestem kupiony. Zdarzają się również fenomenalne miksy – mam na mysli Uncharted 4, które od poczatku powaliło i przygniotło mnie swoim rozmachem i idealnym zbalansowaniem świetnej rozgrywki z piekną grafiką. Gorzej, kiedy producent nie zapewni mi i jednego, i drugiego. Wiecie do czego zmierzam? Grafika w Homefront: The Revolution na PS4 miażdży. Miażdży moją psychikę, kłuje w oczy i sprawia wręcz fizyczy ból zmuszając mnie do oglądania jej średnio w 20-25 FPS. Zupełnie nie wiem co wydarzyło się w siedzibie Deep Silver Dambuster podczas optymalizacji gry. Chyba nawet nie chcę wiedzieć, bedę spokojniej spał. I tą nieszczęsną optymalizację jeszcze mógłbym zrozumieć, gdyby sama gra wygladała ładnie – nawet w tych 25 FPS (pamiętacie bagna w Wiedźminie 3 na PS4? Tutaj znaczne spadki animacji mi nie przeszkadzały, mogłem chociaż popatrzeć na piekne zachody słońca). Twórcy zastosowali tutaj silnik CryEngine i o ile sprawdził się świetnie do przedstawienia malowniczych wysp w Crysis, to zniszczona, brudna Filadelfia wygląda… Źle. To chyba najbardziej odpowiednie słowo opisujące moją całą przygodę z Homefront, a szczególnie z wizualnymi doznaniami z rozgrywki. Fakt, są momenty i zdarzają się ładnie udekorowane, ślicznie wizualnie przecznice. Niestety tylko się zdarzają – za rzadko – a większość ulic, budynków i lokacji wygląda jak wycięte z kartonu. 

Żeby nie było, że ciągle narzekam to dobre słowo mogę, a wręcz muszę napisać o oprawie audio. Wszystko jest na swoim miejscu i brzmi jak trzeba, a aktorzy bardzo dobrze odgrywają swoje role. Ogromnie cieszę się że nie zdecydowano się na polski dubbing – idealnie sprawdza się tutaj kinowa wersja językowa.

Bardzo czekałem na nowego Homefronta. Wierzyłem, że będzie to dobra gra, ale niestety z szumnych zapowiedzi twórców nie zostało nic, co mogłoby mnie na dłużej zatrzymać przy walce o wolną Filadelfię. Grając w Homefront: The Revolution czułem się tak, jak w momencie pierwszego odpalenia Watch Dogs na moim świętej pamięci X360. Oszukany. A ja przecież oczekiwałem tylko dobrej, przyjemnej gry FPS. Nawet nie nastepcy wspomnianego na wstępie Freedom Fighters. Trochę mi smutno, że tak bardzo został zmarnowany, wręcz zabity potencjał tej gry.

Dziękujemy Wydawnictwu Techland za udostępnienie gry.