Uważasz, że karty są nudne? Jeśli tak, po zapoznaniu się z Hand of Fate 2 możesz zmienić zdanie. Ekipa Defiant Development ponownie pokazuje, jak ciekawy tytuł single-player można stworzyć, stawiając karty w centrum rozgrywki. Szkoda tylko, że występujące w grze niedoróbki potrafią momentami zepsuć zabawę.

Hand of Fate 2 na pierwszy rzut oka oferuje nam to, co poprzednia odsłona – osadzoną w świecie dark fantasy, karcianą grę planszową z elementami action RPG, w której konfrontujemy się z wyzwaniami stawianymi przez znanego z pierwszej części Rozdającego. Dostosowujemy zestawy kart tak, by zwiększyć szanse na powodzenie misji, mierzymy się ze stojącymi nam na drodze przeciwnikami i powierzamy swój los ślepemu trafowi, licząc na to, że szczęście nas nie zawiedzie. Brzmi jak odgrzewany (acz całkiem smaczny!) kotlet, jednak już po pierwszej godzinie rozgrywki, trudno nie zauważyć, że mamy do czynienia ze zdecydowanie bardziej rozbudowaną produkcją.

100 lat minęło od momentu strącenia Rozdającego z jego pozycji. Ten jednak nie daje za wygraną i planuje zemstę. Zapoznaje nas ze zmodyfikowanymi zasadami gry i przygotowuje do walki z Uzurpatorem. Nowe elementy to m.in. obecność towarzyszy, którzy wspierają nas w walce i pomagają uzyskać korzystny wynik w minigrach, punkty sławy, niezbędne do wyposażenia co ciekawszego rynsztunku i pozytywnego rozpatrzenia niektórych kart spotkań oraz platynowe karty ze specjalnymi efektami. Pojawiają się też nowe gry losowe: kości, wahadło i coś na kształt koła fortuny, składającego się z kart o pozytywnych i negatywnych efektach. To wszystko zostało upakowane w 22 zróżnicowane wyzwania, z których każde prezentuje odrębną, interesującą historię. Gra życia i śmierci weszła więc na zdecydowanie wyższy poziom.

Twórcy postanowili wprowadzić też kilka zmian w kartach wyposażenia i systemie walki. Przed rozpoczęciem misji, możemy zdecydować jakie przedmioty startowe będzie posiadał w ekwipunku nasz bohater, a w dowolnym momencie (nawet bezpośrednio przed walką) mamy szansę wyekwipować go w najbardziej odpowiednie uzbrojenie. Jest to przydatne rozwiązanie, szczególnie gdy przyjdzie nam toczyć walki pod presją widniejącego u góry ekranu timer (nie chcemy przecież, żeby przebrzydłe gobliny zwiały, unosząc ze sobą część naszego ekwipunku). W zależności od wybranego oręża zyskujemy teraz dostęp do przypisanej mu umiejętności specjalnej, z której możemy skorzystać po wykonaniu odpowiedniej liczby ciosów bez utraty punktów życia. Niektóre elementy wyposażenia można ulepszać, zdobywając żetony za wykonanie konkretnych mniejszych zadań np. przeprowadzenie daną bronią określonej liczby kontrataków. Takie rozbudowanie aspektu walki bardzo do mnie przemawia.

Jeśli chodzi o poziom trudności, jest on zdecydowanie wyższy niż w przypadku części pierwszej. Walki wymagają większego skupienia i refleksu. Zablokowanie wrogiego ataku i wyprowadzenie skutecznej kontry nie jest proste, a przeciwnicy wydają się bardziej inteligentni niż uprzednio. Podczas rozgrywki zdarzało się, że pomimo dobrania zestawu kart tak, by jak najlepiej odpowiadał stawianym wyzwaniom, byłem zmuszony powtarzać tę samą misję po kilka razy, nim udało mi się zdobyć żeton za jej ukończenie. Trudno nie odnieść wrażenia, że momentami czynniki losowe mają zbyt duży wpływ na powodzenie lub porażkę.

Niewątpliwym plusem Hand of Fate 2 jest obecność polskich napisów, których nie uświadczyliśmy w części pierwszej. Problem w tym, że przygotowane tłumaczenie miejscami kuleje. Szczególnie widoczne są błędy w opisach na kartach przedmiotów. Podłożone pod wzór karty (najpewniej z uprzednio stworzonej bazy) słowa o niepoprawnej odmianie lub mylącym znaczeniu, nierzadko wywołują konsternację, a odkrycie co twórcy mieli na myśli może niekiedy być kłopotliwe. Parę razy natknąłem się również na karty, na których dwa fragmenty tekstu nakładały się na siebie, uniemożliwiając odczytanie opisu. Ponarzekać można też na średnią optymalizację, screen tearing podczas ładowania aren walki oraz momentami pokraczne zachowanie ciał pokonanych wrogów. Chciałoby się też nieco bardziej zapadającej w ucho ścieżki audio, choć ta zamieszczona w grze wcale nie brzmi źle.

Po częstotliwości pojawiania się łatek wnioskuję, że deweloperzy dość szybko uporają się z wszystkimi chorobami, które trawiły grę w dniu jej wydania. Już teraz uważam, że jest to naprawdę dobry tytuł, przy którym można spędzić długie godziny i nie narzekać na nudę. Mam jednak nadzieję, że gdy wrócę do niego po jakimś czasie (choćby po to, by sprawdzić tryb nieskończoności, który w momencie pisania recenzji jest jeszcze niedostępny) będę mógł powiedzieć – świetny!

O Autorze

Nie biorę gier na jedną noc.