Growy świat przeżywa renesans retro. W dobie sprzętowych wodotrysków, mocarnych PC-tów, Xboxa One X i PlayStation 4 PRO, gdy coraz to nowe bariery technologiczne są łamane, gry opowiadają historie czasami lepiej niż filmy. Gdy nawet growej muzyce dedykowane są koncerty w filharmoniach. W czasach, w których branża jest w najlepszej formie w historii, a graczy liczy się w miliardach — moda na sprzęty i gry retro wróciła. Co ciekawe, obrosło to w niektórych środowiskach w prawdziwy kult, a jego wyznawcy brzydzą się współczesnymi tworami, twierdząc przy tym, że kiedyś gry były lepsze, były wyzwaniem, były niszowym hobby bez kompromisów. Teraz gry nie są już wyzwaniem. W większości to samograje, niedające „prawdziwym, hardcorowym graczom” żadnej satysfakcji.

Oczywiście nie mam zamiaru nikogo osądzać.

Pewnie, że można być fanem starej formy elektronicznej rozrywki, a rynek indie jest wprost stworzony dla takich odbiorców. Po prostu nie mogłem zrozumieć tych najbardziej skrajnych „retro-fanów”, patrzących na nowe gry z grymasem na twarzy i obrzydzeniem, jednocześnie walczących za każdą retro-gierkę, nawet tą najmniej grywalną. Nie chcę nikogo atakować, to jedynie luźne spostrzeżenie – osobiście doceniam retro i całą historię gier, jej ewolucja jest wspaniała. Nigdy jednak nie mogłem zrozumieć tego zamknięcia się w szufladce retro i niewychylania nosa, a nawet jeśli, to tylko po to, by skrytykować współczesne dokonania branży. Właściwie, to mimo szacunku do podwalin mojego ukochanego hobby nie do końca rozumiałem, po co wracać do starych i niekiedy siermiężnych produkcji. Dzisiaj nie możemy się wykopać ze stert „kupek wstydu”. Kiedy tyle wspaniałych gier nas omija, bo nie ma kiedy w nie grać, po co zaprzątać sobie głowę tymi z poprzedniego tysiąclecia.

Myślałem tak jednak tylko do czasu…

W mojej rodzinie gry były zawsze. Pamiętam nawet jedną z pierwszych bardziej świadomych partyjek na komputerze starszych kuzynów w GTA I lub II. Prawdopodobnie któraś z pierwszych części GTA była moją pierwszą grą w życiu i jestem z tego bardzo dumny! Dotąd jest to moja ulubiona seria, mimo że jest tak mainstreamowa, a stwierdzenie, że akurat GTA jest moją ulubioną grą, jest tak bardzo banalne, to dla mnie znaczy ona tyle, że nie wstydzę się tego powiedzieć. Przez większość życia nie traktowałem GTA jako gry. Nie wyobrażałem sobie, że robią to ludzie, dla mnie to był żywy organizm. Po prostu był, nikt go nie zrobił. Wiadomo, że jako dziecko nie wie się właściwie, skąd się te gry biorą i jak się je tworzy, ale nawet trochę starszy, gdy już wiedziałem to i owo dzieliłem produkcje na gry, mające wydawcę i reklamy w TV oraz GTA, które po prostu było. To właśnie przy tej serii najczęściej konfrontowałem się ze swoim ojcem. Ten chętnie porównywał to, co widzi na moim ekranie z obrazami wypalonymi podczas grania na kineskopowym, ociężałym, telewizorze. Do którego podpięte było białe, prostokątne Commodore C64!

Od zawsze więc wiedziałem, na czym grał mój ojciec, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby spytać, co się z tym stało.

Tato miał rodzeństwo, które grami było zajarane równo z nim, na czele z wujkiem Krzyśkiem, do którego jeszcze wrócę nieco później. Komputer więc mógł być wszędzie, o ile nie został sprzedany lub wyrzucony.

Pewnego dnia buszując za czymś po piwnicy, pod stertą starych pudeł znalazłem je – rodzinne Commodore leżało w grubej foliowej reklamówce razem z magnetofonem i niemałym poplątanym kablowym spaghetti. Miło było zobaczyć obiekt wielu opowieści, wspomnień i nostalgii. Mimo tego zostawiłem komputer na miejscu, tłumacząc sobie, że teraz nie mam czasu, ani gdzie tego podłączyć, ale wrócę do tego w wolnej chwili. Oczywiście, że nie wróciłem. Zapomniałem całkiem o jego istnieniu. Kilka dni temu podczas rozmowy z ojcem na temat gier lub sprzętu, w którymś momencie padło luźne:

Ciekawe jak tam Commodore. Może wypadałoby sprawdzić, czy jeszcze działa?

Kilka godzin po tym, tato przynosi wspomnianą reklamówkę z całym zestawem i drugą z kasetami. Ze świecącymi oczami, jak dzieci rozpakowujące prezenty w wigilię siedzieliśmy w stercie kaset i kabli próbując dojść, co jest do czego. Ku naszej uciesze okazało się, że zestaw jest prawie kompletny. Był zasilacz i magnetofon, ale brakowało kabla łączącego komputer z telewizorem. Wszystko do tej pory szło jak po maśle, zasilacz po wpięciu do prądu nie wybuchł mi w twarz, lampka na komputerze zaświeciła się na zielono, magnetofon się kręcił, ale nie miałem szans na tamtą chwilę zobaczyć czy to wszystko naprawdę działa. Smutno się zrobiło przez chwilę, jakby wszystko miało pójść na marne.

Tato wymyślił, że zadzwoni do brata – w końcu sprzęt krążył po całym rodzeństwie, kabel może gdzieś tam się zawieruszył.

Wybrał więc numer do wspomnianego wcześniej wujka Krzyśka. Swego czasu wujek Krzysiek był prawdziwym magikiem od spraw sprzętowych. Potrafił zrobić wszystko i chyba dotąd w tym siedzi. Na wieść o pomyśle reanimacji Commodore sam się zapalił i spytał czego potrzeba. Niestety kabla nie miał, ale podsunął jakże prosty i skuteczny pomysł. Okazało się, że wystarczy podpiąć go zwykłym kablem antenowym – przecież każdy telewizor ma wejście antenowe i chyba każdy, kto mieszka w bloku, ma kabel antenowy. Wystarczyło zarobić końce kabla, znaleźć jakieś końcówki, połączyć wszystko ze sobą i już można było „pstryknąć” czarny przełącznik z prawej strony urządzenia, odpowiedzialny za zasilanie. Od całonocnego grania dzieliło mnie jedynie automatyczne wyszukiwanie kanałów w telewizorze. Napięcie było spore. Zbyt dużo pracy i zaangażowania mnie to kosztowało, żeby teraz w chwili pierwszego uruchomienia coś poszło nie tak. Na całe szczęście moim oczom ukazał się niebieski ekran z równie niebieskimi napisami.

Po pierwszych zachwytach i megalomanii, w której się na chwilę wprost utopiłem, doszedłem do wniosku, że to nie wystarczy, żeby ten cały trud był po to, aby tylko grać w gry!

Niestety tutaj metoda prób i błędów byłaby bezcelowa. Komend i skrótów klawiszowych raczej sam nie wydumam – pomyślałem. Dlatego pierwsze co zrobiłem to studiowanie instrukcji obsługi. A skoro jestem przy niej, to muszę powiedzieć, że instrukcja do Commodore C64 jest genialna! Nie czyta się jej jak jakiś informator albo broszurę czy typową instrukcję obsługi sprzętu napisaną zwykle zawiłym technicznym językiem. Książeczkę do C64 czyta się jak powieść, napisana jest tak przystępnym językiem, że gospodyni z czasów świetności maszyny poradziłaby sobie z jej obsługą. Chyba nigdy nie widziałem tak dobrze napisanej instrukcji obsługi.

Po przestudiowaniu manuala wsadziłem pierwszą kasetę do magnetofonu.

Wcześniej oczywiście Cartridge z napisem blackbox VIII, reset i pierwsza komenda: ←HF. Dla młodszych lub niewtajemniczonych czytelników śpieszę z wyjaśnieniem. Jest to komenda służąca do ustawienia głowicy w magnetofonie. Jeżeli głowica nie będzie odpowiednio przylegać do taśmy w kasecie, program nie wczyta się. Dlatego też należy wziąć mały śrubokręt i fizycznie dokręcić głowicę. Oczywiście nie trzeba robić tego na „czuja”. Program wyświetla na ekranie kilka czarnych pasów. Jeśli włączymy kasetę i taśma zacznie stykać się z głowicą, na ekranie pojawią się zakłócenia. Graficznie przestawione jest to jako masa czarnych punkcików, a kręcenie śrubką od głowicy ma te punkciki „ścisnąć” najbardziej jak to możliwe, żeby powstała jednolita, jak najbardziej równa linia. Dostajemy więc grę zręcznościową przed uruchomieniem jakiegokolwiek programu. W dzisiejszych czasach pewnie trzeba by było to kupić jako pełnoprawny tytuł lub opłacać abonament…

Wszystko przez kasety!

Od wyciągnięcia komputera z piwnicy do ustawiania głowicy na magnetofonie wszystko szło jak po maśle. Nie licząc przerw, zajęło to może 2 godziny. Jednak gdy przyszło do ustawiania… zaczęły się schody. Mimo całego worka kaset (swoją drogą pięknie „wydanych” i opisanych, tematycznie, pod kątem gatunków z krótkimi opisami), żadna z nich nie chciała się wczytać. Program do ustawiania głowic pokazywał, że albo kaseta jest pusta, albo praktycznie nie dawała się ustawić. Jeśli jednak komputer znalazł jakiś program, to zawsze wyskakiwał Error, prawdopodobnie przez to, że głowica była źle ustawiona, program był zbyt słabo wykrywalny przez Commodore. Doszedłem do wniosku, że kasety po tylu latach musiały się utlenić, były przechowywane raczej w słabych warunkach, a i głowica wyjechana już nieco i widać, że ktoś majstrował przy magnetofonie, bo w obudowie brakuje kilku śrubek. W końcu jednak nastąpił przełom! O godzinie ok. 3 w nocy udało się wczytać pierwszą grę! Na szczęście znalazła się na tyle mocna kaseta, żeby udało się ustawić głowicę i sprzęt wczytał program. Była to kaseta hucznie nazwana „Karate” gdzie znajdowały się tylko gry o sztukach walki.

Po włączeniu się gry zakasałem rękawy, rytualnie strzeliłem knykciami i co? Do gry potrzebny jest Joystick… żaden klawisz na klawiaturze nie reagował na wciskanie. Mimo tego początkowa radość była tak wielka, że byle porażka na pewno jej nie przyćmiła, po kilku godzinach oglądania przechodzących pasów i słuchania szumu, zobaczenie tego pikselowego dzieła sztuki sprawiało wrażenie ładniejszego niż współczesne next genowe obrazy serwowane nam w grach AAA z miliardowymi budżetami… No dobra przesadzam, ale cieszyłem się bardzo, naprawdę 😉

Kolejne próby i pierwsze sukcesy

Po kilku próbach stwierdziłem, że wszystkie gry o karate wymagają joysticka, którego ja nie posiadam, dlatego nie ma co dalej szukać. Trzeba zmienić kasetę. Udało się! Znalazłem kolejną kastę, która działała. Po kilkudziesięciu errorach, pustych taśmach i grach nieobsługujących klawiatury udało się znaleźć tytuł nazwany „Shaolin Road”. Ten był czymś w rodzaju platformówki – jako (chyba) uczeń Shaolin biegałem, po jak mniemam świątyni Shaolin i kopałem innych uczniów lub mnichów…. Shaolin. To były wspaniałe 3 minuty, bo tyle udało mi się wytrzymać przy tym znamienitym tytule. Cieszyłem się, że udało mi się zagrać, ale nie zaspokoiło to mojego apetytu – wręcz przeciwnie, chciałem Robocopa albo Lotusa! Nie zadowolę się byle Shaolin Roads!

Życie jednak zweryfikowało dość szybko moje założenia.

Okazało się, że na danej kasecie gra o mnichach była najbardziej i prawdopodobnie jedyną grywalną pozycją – reszta albo się nie włączała, albo nie nadawała się nawet do wkurzania znajomych pod postacią wirusa. Po tamtym niewątpliwym sukcesie nic więcej nie udało się wycisnąć z tego sprzętu. Musiał on zostać porzucony na kilka dni, by później pojechać do wujka Krzyśka na przegląd. Jak wspominałem, on znał się na tym najlepiej, rozkręcał te komputery, przerabiał, bawił się nimi i to on najszybciej powinien dostrzec ewentualne wady i usterki.

Wujek po zobaczeniu sprzętu podrapał się po głowie, pomyślał chwilę i zabrał się za oględziny. Najpierw padł pomysł na zmianę kabla przesyłającego obraz, żeby jakość była lepsza. Takim sposobem powstał ten twór:

Z drugiej strony kabla jest zwykła wtyczka euro. Nie wygląda ładnie, ale działa, a to jest najważniejsze. Później na warsztat trafił magnetofon. Ten element wzbudzał nasze największe obawy, które w końcu niestety się potwierdziły. Diagnoza była prosta – głowica do wymiany. Co prawda ta, jako tako działała, ale nie przylegała idealnie do taśmy i słabo odbierała. Przez to włączały się tylko najlepiej zachowane kasety, a tych było góra dwie. Z czego jedna to wspomniana kompilacja gier karate, wymagająca joysticka. Na szczęście jest jeden sposób, dzięki któremu odsiać można niedziałające kasety. Wystarczy wsadzić taką do wieży obsługującej te archaiczne nośniki i słuchać. Zwykły szum oznacza, że kaseta jest pusta, rozmagnesowana i bezużyteczna. Jeśli słychać początkowo „pisk”, a po nim szmery przywodzące na myśl dźwięk, jaki kiedyś wydawał modem, podczas łączenia z internetem to znaczy, że jakieś dane na kasecie zostały. To pozwoliło mi dużo szybciej odsiać nośniki zepsute i puste, no i finalnie pozostawiło mnie z dwoma kasetami.

Sam Commodore na szczęście zachował się dobrze i wszystko w nim działa jak należy.

Pod pożółkłym, brudnym i zakurzonym plastikiem kryje się ten sam komputer – niegdyś spełnione marzenie dzieciaka, teraz wydobyty z odmętów piwnicy relikt przeszłości. A ten dzieciak? Dzisiaj jest dojrzałym facetem z dorosłym synem, który przejął hobby ojca i zapomniał z niego wyrosnąć. Symbolem tego gamingowego genu niech będzie właśnie ten C64, który po tylu latach jest jak członek rodziny. W końcu ten staruszek był powodem niejednej zarwanej nocy mojego ojca i jego rodzeństwa. Zupełnie tak jak współczesne konsole skracają mój sen. Miło, że nadszedł czas, w którym ten właśnie Commodore zabrał nam jedną noc, jednocześnie, wspólnie. Dla mnie to ważne wydarzenie –  wręcz symboliczne.

Blackbox czyli jak rozszerzyć arsenał funkcji w Commodore C64

Z grami się nie udało. Na szczęście jest jeszcze Blackbox, czyli specjalny kartridż poszerzający możliwości komputera. Ja posiadam Blackbox VIII. Jego najlepszą funkcją jest synteza polskiej mowy! Commodore C64 potrafił mówić i to 20 lat przed Ivoną. Widziałem, że kartridż potrafi nawet zmusić C64 do śpiewania, ale swojego niestety nie udało mi się namówić. Oprócz tego Blackbox dodaje nowe komendy do obsługi magnetofonów, a także przyspiesza zapis i odczyt danych z kasety magnetofonowej. W obudowie kartridża umieszczony został fizyczny przycisk reset, dzięki któremu szybciej można zresetować komputer po zawieszeniu, lub by powrócić do początkowego stanu, sprzed uruchomienia programu.

Czy moje aktualne konsole też trafią w końcu do piwnicy zapomniane na kilkanaście lat?

No… No chyba nie – wszystkie poprzednie sprzęty od starego PC-ta po Xboxa 360 i XOne zostały sprzedane. Zrobiły miejsce dla Xboxa One X i PS4, które pewnie w przyszłości czeka podobny los, gdy będę przesiadał się na nową generację. Dzisiaj chyba nie przywiązujemy się tak do sprzętu. Za dużo tego na rynku. Za mało duszy mają współczesne maszynki.

To jeszcze nie koniec!

Jestem w połowie mojej drogi z Commodore C64. Co dalej?

  1. Wymiana głowicy w magnetofonie
  2. Zakup kaset z grami
  3. Zakup Joysticka 
  4. Czyszczenie obudowy, wybielanie, mycie i pielęgnacja 
  5. Wymiana kabli na oryginalne

Wszystkie punkty dotyczą pieniędzy, dlatego planuję rozłożyć to w czasie – nie wszystko na raz. Te zabawki stają się coraz droższe.

Postanowiłem spisać tę historię jako własny pamiętnik. Tekst może i jest bezwartościowy merytorycznie, nudny i najpewniej niepotrzebny. Chciałbym jednak sobie coś zostawić z tej przygody, a korzystając z pozycji, mogę to zrobić. Kto wie, może pojawi się druga część z finalną wersją, skończoną, gdy będę już specjalistą od Commodore C64.

Podobne posty