Jeśli właśnie myśleliście sobie, że fajnie byłby postrzelać w coś na Switchu i to najlepiej w lekko humorystycznej oprawie to świetnie trafiliście! Na konsolę Nintendo zawitał niedawno port arcade’owej strzelaniny naszego rodzimego Techlandu. Call of Juarez: Gunslingier, bo o nim mowa, zabierze Was w podróż na dziki zachód, gdzie rewolwerowcy spotykają się w samo południe, trup ściele się gęsto, a nasz główny bohater uwielbia koloryzować swoje opowieści.

Jest to port dosyć leciwej już produkcji wydanej na PC/Xboxa 360 oraz PlayStation 3 w Maju 2013, a więc nie spełna 7 lat temu. Zanim jednak przejdziemy do kwestii technicznych i jakości portu, krótkie przypomnienie.

Wcielamy się w postać niejakiego Silasa Graves’a. Łowcy nagród, który zawitał do saloonu w pewnym miasteczku i będąc tam rozpoznanym przez miejscowych, zostaje zaproszony na kilka głębszych. Poproszony przez gospodarzy zaczyna snuć opowieści o swoich dawnych przygodach, które my jako gracz mamy okazję przeżywać jego oczyma. Przy czym często opowieści te sam zainteresowany ubarwia lub koryguje to, co mówiły o nich plotki, więc mamy okazję te same sceny rozgrywać powtórnie, ale w innych wersjach.

Gra działa na silniku Chrome Engine 5, tym samym co Dead Island oraz Dead Island: Riptide, ale wzbogaconym dodatkowo o technologię cel-shadingu.

To właśnie ta stylizowana oprawa sprawia, że produkcja nie postarzała się tak bardzo. W dalszym ciągu wygląda bardzo przyzwoicie, a na małym ekranie Switcha Lite, na którym ją testowałem, nie mamy nawet okazji zauważyć niedociągnięć czy rozmyć w cieniach i teksturach.

W wersji przenośnej Gunslinger działa w 720p i 30 klatkach, natomiast w wersji zadokowanej w 1080p, również w 30 fps. Ogólnie rzecz biorąc, wydajnościowo jest bardzo dobrze, ale zdarzają się delikatne spowolnienia klatek w momencie eksplozji beczek lub dynamitu oraz przy dużej ilości wrogów. W trakcie pisania tego tekstu Techland wydał poprawkę do gry, więc możliwe, że część lub wszystkie te problemy zostały już rozwiązane.

Jeśli tylko uda mi się to potwierdzić to zamieszczę odpowiednią informację pod tekstem. Warto wspomnieć, że wersja dla Nintendo Switcha obsługuje również HD Rumble oraz sterowanie żyroskopowe Joy-Conami. Zawiera także polską kinową wersje językową, łącznie z menu tytułowymi oraz menu umiejętności.

Jeśli chodzi o samą zawartość gry, to nie ma tu wielkich zaskoczeń.

Przeniesiona została 1:1 z wersji pierwotnej. Do rozegrania mamy trzy tryby — kampanię fabularną, pojedynki rewolwerowców znane z kampanii oraz tryb „Arcade”. Ten ostatni jest ciekawą alternatywą, bo polega na jak najszybszym i najlepszym eliminowaniu wrogów bez przerywania combo, aby uzyskać jak najlepszy wynik i odblokować kolejne etapy, których jest kilkanaście. Bardzo przypadł mi do gustu i aż chce się powtarzać daną planszę kolejny raz tylko po to, aby wykręcić lepszy wynik, odblokować nowe umiejętności i zaliczyć ją na maksymalne 3 gwiazdki. Po przejściu kampanii możemy również rozpocząć nową grę plus, zachowując wszystkie nabyte dotychczas umiejętności.

Z czystym sumieniem mogę polecić Call of Juarez: Gunslinger wszystkim amatorom FPS-ów na Switchu.

Jest to solidny port, przy którym będziecie świetnie się bawić, a zakupu nie odczuje mocno Wasz portfel, gdyż produkcja w pełnej cenie kosztuje 80zł. Delikatne problemy techniczne na pewno zostaną niebawem poprawione, a Techland zachęcony przez Wasz grosz być może niedługo da nam również spróbować na pstryku Dead Island, w którego zapewne nie tylko ja chętnie bym zagrał.

Call of Juarez: Gunslinger - pif paf na Switchu
plusy
  • stylizowana grafika
  • dużo zawartości
  • przystępna cena
minusy
  • delikatne spadki płynności
9Ocena