W końcu nadszedł wrzesień i koniec sezonu ogórkowego w branży growej. Machina wydawnicza powoli się rozkręca i rozpoczyna się czas w którym nikt nie powinien mówić, że nie ma w co grać. Wrzesień zapowiada się bardzo miodnie serwując nam świetne tytuły. Wśród nich dane nam jest przetestować grę, na której premierę przyjdzie nam jeszcze trochę poczekać. Po przesunięciach i perypetiach data została wyznaczona na 20 listopada.

Battlefield V, bo o nim oczywiście mowa dostał otwartą betę i każdy chętny gracz mógł na własnej skórze czy raczej własnej platformie przekonać się czy nowa wizja drugiej wojny światowej serwowana przez DICE go przekonuje. Dla tych którzy się nie załapali i z różnych powodów ominęła ich próbka nowego BFa spisałem krótkie wrażenia.

Jestem z Battlefieldem od dawna.

Jestem wielkim fanem serii Battlefield. Na samej konsoli przegranych mam ok. 500 godzin w odsłony od „trójki” z 2011 do ostatniego Battlefielda 1. Do tego kilkaset godzin w wersje PC-towe i wyszedłby całkiem niezły wynik. Jak więc łatwo się domyślić na BFV czekam od pierwszych zapowiedzi. Podczas pierwszego pokazu trailera na streamie EA podniosło się wiele negatywnych głosów krytykujących stylistykę, przekombinowanie i luźne podejście do realiów drugiej wojny. Osobiście mi nic nie przeszkadzało w wizji DICE, w końcu to Battlefield, nie należy oczekiwać militarnego symulatora edukującego na temat największego zbrojnego konfliktu na świecie, bo to tak jakby ktoś się uczył prowadzić samochód w Need For Speedzie. Mało to rozsądne, nieprawdaż?

Stare Battlefieldy były lepsze

Wątpliwości jednak przyszły, ale dopiero po pierwszych gameplayach. Okazało się, że na pierwszy rzut oka Battlefield V jest łudząco podobny do BF1, który niestety dość szybko mnie znużył i finalnie uważam, że seria poszła w złym kierunku. Mimo, że na początku faktycznie bardzo mi się podobało to po kilkudziesięciu godzinach dopadła mnie nuda i braku punktu zaczepienia. O co chodzi z tym punktem? W każdym Battlefieldzie miałem taki okres w rozgrywce, w którym emocje opadły, poziomy przestały lecieć tak szybko, wszystkie interesujące gadżety zostały odblokowane i właściwie to można było już skończyć grę. Dopiero wtedy jednak klarowały się ulubione bronie i najwygodniejsze mapy. Tworzyłem swój build z ulubionych broni i gadżetów. Np ACE 52 CQB i G36C W Battlefieldzie 4 czy P90 i G3A3 w BF3.

W pewnym momencie gry wyłania się te pukawki z których strzelanie przynosi najwięcej frajdy i punktów.  Podobnie z mapami. Kanały Nouszahr to było arcydzieło, między kontenerami czułem się jak Bóg. Ta mapa w ogóle miała ciekawą konstrukcję. Powinna być wzorem i przykładem dobrze wykonanej mapy. Była genialnie zbalansowana, pojazdy nie miały przewagi nad piechotą i odwrotnie. Całe kanały były podzielone na sektory, które oczywiście nie były w jakikolwiek sposób zaznaczone. Dzięki temu każdy znalazł coś dla siebie. Między kontenerami było typowe close quarters, na wielkim żurawiu siedzieli głównie sniperzy, a do walki artyleryjskiej nadawały się pola i hangary na skraju mapy.

W BF4 również była mapa na której czuję się jak w domu. To Oblężenie Szanghaju, czyli podstawowa mapa, reklamowana systemem levolution dzięki któremu można było zawalić wielki wieżowiec w jej centrum. Najchętniej rozgrzewałem się właśnie na oblężenie, a szczególnie na małym podboju, który był podstawowym i jedynym na poprzedniej generacji konsol. O 3 i 4 BFie mógłbym opowiadać godzinami, czego nie mogę powiedzieć o następcach.

BF Hardline w multi był taki oryginalny i wyrazisty, że już nikt o nim nie pamięta, nawet EA. To był największy spadek kondycji w serii, a potem, przełom, całkiem nowy i świeży, Battlefield 1. Pierwsza wojna światowa, nowe podejście do map, pojazdów, ograniczony arsenał broni i dodatków, zmieniony nieco feeling strzelania i usprawniony model zniszczeń. Niestety udało się tylko połowicznie. EA zostało pochwalone za słuchanie społeczności, która rozpaczliwie domagała się powrotu do klimatów wojennych.

Nowy Battlefield to też nowy kierunek, który nie wszystkim przypadł do gustu. Dość szybko mnie znużył przez to jak mało broni i możliwości personalizacji wojaka dała najnowsza odsłona „pola bitwy”. Na dodatek nowe mapy tworzone były w innym stylu, który nie przypadł mi do gustu. Żadna z nich się nie wyróżniała się ani ciekawą konstrukcją, ani lokalizacją.

Co przynosi Battlefield V?

Battlefield V kontynuuje styl wypracowany w BF1. Na pierwszych gameplay’ach praktycznie nie było widać różnicy. Na szczęście przyszedł czas bety i moje podejście diametralnie się zmieniło. Okazało się, że nowy Battlefield to nie jest reskin poprzedniej części, a mimo to, że na pierwszy rzut oka wygląda bliźniaczo to oferuje całkiem sporo nowości. 

Oczywiście jak przy każdej części, twórcy podkręcili wizualia i jest pięknie jak przystało na Frostbite – chyba jeden z najlepszych silników na rynku. Uwielbiam grafikę w Battlefieldach, szczególnie to jak gra światłem. Co prawda stagnacji w grafice nie przebija i to raczej drobna ewolucja dotychczasowych rozwiązań, ale najważniejsze, że jak zwykle nie tylko trzyma poziom, ale nawet lekko go podnosi.

Zauważyłem, że lekko zmienił się feeling strzelania. Mam wrażenie, że stał się ciut bardziej wymagający. Odrzut broni zdaje się bardziej zauważalny. Do tego czas, w którym postać przystawia celownik do oka jest dłuższy, a broń jest umieszczona bardziej w centralnej części ekranu. Są to na pozór małe zmiany, ale mają znaczenie. Usprawniono również model zniszczeń budynków. Przypomina on jeszcze mocniej ten z Bad Company 2, do którego porównywane są wszystkie następne części. Ponownie dużą rolę odgrywa światło. Gdy wchodzimy do świeżo zawalonego budynku wszędzie jest pył i dym, ekran się ściemnia i ciężko jest coś zobaczyć. Podobnie jest gdy z jasnego pomieszczenia lub dworu wchodzimy do ciemnego – w pierwszej sekundzie nic nie widać, dopiero po chwili oko naszego żołnierza się przyzwyczaja, a do tego czasu jest właściwie bezbronny. Takich drobnych mechanik i usprawnień jest więcej a wszystkie składają się na nowe, ciekawe doświadczenie.

Nowe mapy!

Nowy Battlefield to również nowe mapy! W Becie dostępne były dwie. Pierwsza z nich rzuciła nas do Norwegii na mapę nazwaną Arktyczny Fiord. Jest to całkiem spora mapa o słabo rozwiniętej infrastrukturze. Dominują tu górki i wzniesienia pokryte grubą warstwą śniegu, a punkty przejęcia otoczone są nielicznymi domkami lub innymi zabudowaniami jak np. powalony most. Mapa wypada naprawdę ciekawie. Mimo, że robiona jest na styl tych z BF1, których fanem nie byłem to tutaj grało mi się dobrze. Podczas tych kilku dni bardzo chętnie powracałem na mroźny front!

Kolejna mapa to Rotterdam. Jest to Holenderskie miasto, które ma świetny klimat i wygląda naprawdę dobrze. Niestety jest zbyt podobne do Amiens z BF1. Fakt, że wygląda ładniej i nawet grało się jakoś przyjemniej, ale ktoś kto nie jest wielkim fanem Battlefielda prawdopodobnie nie zobaczyłby różnicy między tymi dwoma mapami. Ponadto cierpi na ten sam problem co Amiens.

Seria od DICE nauczyła nas, że grając w BFa możemy sporo ingerować w wygląd mapy za pomocą bomb, ładunków i ciężkich pojazdów. Niestety Amiens i Rotterdam, ze względu na swoją zbitą i korytarzową strukturę są w dużej części pozbawione tego systemu. Nie dość, że większość budynków jest nie do ruszenia każdym typem amunicji to jeszcze wejść można tylko do kilku. Psuje to efekt autentyczności i sprawia wrażenie makiety, a szkoda, myśl o możliwości zrównania całego miasta z ziemią rozpala wyobraźnię.

Czy jest na co czekać?

Battlefield to taka marka, która zawsze trzyma poziom, dlatego jestem spokojny o to, że gra będzie grywalna. Czy odniesie sukces? Tego nie wie nikt. Czy ma szansę odnieść sukces? Jak najbardziej tak! Zapowiada się kawał świetnej gry i dobrego Battlefielda. Myślę, że V zatrzyma mnie przy sobie na dłużej – beta  gry rozpaliła moją ciekawość i czekam pełną wersję z niecierpliwością. Premiera już 20 listopada.

Podobne posty