Pamiętacie 2004 rok? Pamiętacie jakie tytuły walczyły wtedy o tytuł gry roku? Ja pamiętam to bardzo dobrze. Pierwsze zapowiedzi drugiego Half Life i trzeciego Dooma spędzały mi sen z powiek. To, jak te gry wyglądały, jakie miały wymagania sprzętowe, sprawiało, że mogłem jedynie otworzyć usta i powiedzieć ‚łaaał‚. Wtedy niestety nie miałem na tyle mocarnego komputera, żeby pograć w te hity. Gra wymagająca karty na poziomie GeForce 4?

No panie, takie rzeczy chyba tylko w NASA!

Dziś chciałem opowiedzieć o tym, czym dla mnie była mnie jedna z tych gier i czym jest dla mnie teraz.

Doom 3, bo o nim mowa, te piętnaście lat temu był dla wszystkim tytułem, który straszył. Głównie jak wspomniałem wymaganiami, ale i tym, jak ta marka się zmieniła od 1993 roku, kiedy to wyszła część pierwsza tego kultowego tytułu.

Wiele czasopism (no, wtedy, w 2004 roku, dostęp do internetu mieli nieliczni) wypowiadało się o trzecim Doomie różnie. Jedni chwalili grę za oprawę, za to, że stała się grą ‚nowoczesną’, inni natomiast nie zostawiali na dziele ID Software suchej nitki. Przyznam szczerze, że byłem rozdarty między te dwa obozy. Z jednej strony podobało mi się to, że marka idzie do przodu, wygląda niesamowicie. Obawiałem się jednak tego, że przez te wszystkie wodotryski Doom zatraci swoją duszę za cenę grafiki, efektów i z serii którą kochaliśmy zostanie pusta wydmuszka, która jedynie ładnie wygląda.

Pamiętam, że miałem ten zaszczyt ogrywać ją u kumpla, który miał komputer z czymś takim jak Pentium 4 i… byłem zły.

Już wtedy nie podobało mi się, że z genialnego shootera, prekursora gatunku, pioniera pierwszoosobowych strzelanin zrobiono grę, która prócz grafiki niczym szczególnym się nie wyróżniała. Owszem, Doom 3 miał swój klimat, potrafił wystraszyć i pięknie wyglądał, ale… Zatracił swojego ducha. Nie czułem już mocy dwururki, nie czułem mocy BFG, nie mogłem już rzucić się w szaleńczy pęd mordowania demonów, bo to nie było już to, co czułem przy grach z tej serii kilka lat wcześniej.

Lokacje były ciemne, bronie nie miały kopa, a wciśnięte na siłę przerywniki tylko mnie denerwowały. Jedyne co błyszczało to oprawa. Grafika była wtedy dla mnie fotorealistyczna, nieumarli pracownicy placówki na Marsie straszyli, a gra światłem i cieniem w tym tytule przyprawiała mnie o dreszcze. Jednak ponownie, to nie Doom, którego chciałem.

Dziś, piętnaście lat od premiery, postanowiłem sprawdzić ten tytuł znowu.

Przez te wszystkie lata nie wracałem do gry ani razu. Pamiętałem ból, jaki mi zadała, odebrała mi mojego kochanego Dooma na rzecz jakiejś strzelanki, takiej zwyczajnej, z elementami horroru. Bethesda jakiś czas temu wypuściła trzy części mojej ukochanej serii na aktualne platformy. Coś wewnątrz mnie mówiło, żebym się nie poddawał, żebym podszedł do Dooma 3 raz jeszcze, żebym dał tej grze szansę, nie spisywał jej na straty i nie zapamiętywał jako karykatury serii, którą kochałem.

Kupiłem grę na PSN, pobrałem na dysk, włączyłem… i wiecie co? Cholernie cieszę się, że to zrobiłem, że odpaliłem ten znienawidzony lata temu tytuł ponownie. Teraz kiedy jestem starszy, mam jakieś większe pojęcie o rynku, większą tolerancję na zmiany w grach, mogę spokojnie grać w trzeciego Dooma. Teraz wiem, że zmiany w grach są potrzebne, wiem, że twórcy muszą eksperymentować ze swoimi tytułami i nawet drastyczne zmiany w rozgrywce czasami przynoszą miłą odmianę.

Po latach gra mi się w DOOM 3… Przyjemnie.

Na tyle, na ile przyjemne może być mordowanie demonów na zaatakowanej przez piekielne moce stacji znajdującej się na Marsie. Nie czuję już tych nerwów, bo ‚złe ID Software zabiło moją ukochaną serię’. Odkryłem, że trzeci Doom może bawić i może się podobać. Fakt, grafika, która kiedyś mordowała podzespoły w komputerach, teraz zalatuje stęchlizną, ale czy oprawa w grach jest aż tak ważna? Podszedłem do tego tytułu w inny sposób, z nostalgią, ale i świeżym spojrzeniem. I zwyczajnie teraz DOOM 3 mi się… podoba. Tak, piętnaście lat zajęło mi to, żeby nie hejtować tej gry i czerpać z niej przyjemność.

Zwiedzanie bazy pełnej demonów ma swój klimat, a nawet dziś momentami straszy.

Strzelanie również jest przyjemne — co z tego, że to gra inna niż reszta serii, skoro bawi mnie tak samo, jak ta słynna pierwsza odsłona z początku lat dziewięćdziesiątych? Każdemu staremu dziadowi, takiemu jak ja, któremu trzeci Doom zalatywał profanacją, polecam podejść do gry na świeżo, po tych wszystkich latach. Możliwe, że tak jak i ja odkryjecie, że grę, którą kiedyś hejtowaliście, dziś będziecie ogrywać z uśmiechem na ustach.