Sequel przygód Ellie i Joela od Naughty Dog jest nieprzeciętny – to fakt. Ciężko z tym dyskutować, albowiem cała masa aspektów wchodzących w skład otoczki produkcji wypada dość niecodziennie. Od wyników sprzedażowych, przez kontrowersje fabularne, aż po rozbieżności w ocenach krytyków i graczy. Czy jest to gra ponadprzeciętnie dobra, czy może tak słaba, że nawet nie przeciętna? To jest kwestią gustu, choć na wstępie muszę podkreślić, że zdecydowanie skłaniam się ku tej pierwszej opcji.

Osobiście uważam, że jest to jedna z najlepszych produkcji, jakie ujrzały światło dzienne podczas bieżącej generacji. Wolę zaznaczyć to już teraz, abyś wiedział, Drogi Czytelniku, z jakiej perspektywy pisany jest ów tekst. Nie będzie to bynajmniej klasyczna recenzja, bo takich w Internecie jest już na pęczki i, co pokazał czas, potrafią wywołać niemałe zamieszanie. Nie chcę dorzucać swojej cyferki do jednego, tudzież drugiego stronnictwa. Szybko zniknęłaby w gąszczu dziesiątek tysięcy innych. Nie zamierzam stawać też gdzieś pomiędzy – zrobię to jako obserwator, który patrzy na sytuację z boku.

Oceny na Metacritic…

…a więc najpopularniejszym agregatorze opinii, są skrajnie różne. Średni wynik ze 108 recenzji największych światowych portali wyniósł 94 punkty na 100 możliwych. Zupełnie inaczej jest w przypadku graczy. Tam zagłosowano 99115 razy (w momencie pisania tego tekstu) i w dziesięciopunktowej skali jest zaledwie 4.8. Cóż, to i tak dobrze, biorąc pod uwagę, że jeszcze dobę po premierze wynik był niewiele wyższy niż 3.

Skąd taka rozbieżność? Nad tym chciałbym pochylić się, pisząc ten tekst. Długo o tym myślałem, zarówno grając w projekt, jak i po skończeniu go. Niekiedy podświadomie mówiłem do siebie w myślach, że „to przecież niemożliwe, żeby to było przysłowiowe 3/10 – gram w majstersztyk”! Jasne, oceny mogą się różnić, ale w przypadku takiej skrajności, to już nie jest zwyczajnie inny odbiór, a coś więcej.

Wydaje mi się, że udało mi się znaleźć kilka aspektów, które warunkują taki stan rzeczy. Postaram się je przybliżyć i liczę, że zachęcę również Was do pewnych przemyśleń na ten temat. Nie ma co przedłużać, zacznijmy od początku!

„Recenzencie, nie masz racji!”

Pracuję w branży dziennikarskiej od prawie dwóch lat. Jedni powiedzą, że to dużo, inni zupełnie odwrotnie – dopiero raczkuję. Z mojej perspektywy bliżej prawdy są ci drudzy, ale jedno mogę napisać z całym przekonaniem… Już ten czas nauczył mnie, że wielu graczy posiada dziwną chęć udowodnienia publicystom popkulturowym, że ci nie mają racji. Lwia część czytelników ma nieodpartą ochotę wchodzenia w polemikę – zwyczajnie, dla zasady.

To nawet nie jest kwestia chęci dyskutowania, bo uwierzcie, nie jest ciężko rozróżnić te dwa typy osób. Wystarczy wejść na pierwszą, lepszą grupę na Facebooku, która zrzesza graczy i poczytać komentarze pod udostępnionymi recenzjami w formie wideo, albo tekstowymi. Ludzie chcą udowodnić, za wszelką cenę, że osoba oceniająca dany tytuł w jednym z takich materiałów, nie ma pojęcia, o czym właściwie mówi.

Cóż, na to przyzwala Internet. Po nieudanym meczu co trzeci męski użytkownik Twittera chciałby napisać Lewandowskiemu, że gra lepiej od niego i to po dwóch piwach i kiełbasce, a gdy muzyk nagra jakąś płytę, zawsze znajdą się osoby, które zasugerują, że koleżanka mamy cioci ich siostry od strony taty śpiewa znacznie lepiej. Nie uważam, żeby był to kompleks – to coś maksymalnie naturalnego i rozumiem, z czego wynika.

Poruszanie tematów kontrowersyjnych i tabu

Ah, kontrowersje… Wszyscy je lubimy i najchętniej kąpalibyśmy się z nich, byle tylko nie dotyczyły nas i naszego świata. To artykuły wywołujące największą niezgodę mają najwięcej kliknięć, a filmy poruszające tematy trudne i niekiedy niebezpieczne są zazwyczaj najchętniej oglądane. Niepoprawność polityczna, nierówność społeczna, rasizm, wyparcie… O wszystkich tych aspektach jest w ostatnim czasie wyjątkowo głośno. Wywołują kłótnie, a gros ludzi je lubi.

Czytając komentarze pod ocenami 1/10 na wspomnianym wcześniej Metacriticu, nie da się nie zauważyć, jak wiele osób ma pretensje do Naughty Dog o wplatanie w fabułę właśnie takich wątków. Prawdą jest, że może zdawać się, że jest ich stosunkowo dużo, ale wydaje mi się, że było to naprawdę potrzebne w dzisiejszych czasach. To przecież normalna sprawa. Lesbijskie romanse, transseksualizm czy odwrotne od stereotypowych przedstawianie seksualności – kogoś jeszcze dziwią takie rzeczy? Mam nadzieję, że nie.

Zaskakujące rozwiązania fabularne [SPOILERY]

Przygotowując coś, co ma zaskoczyć, nigdy nie mamy pewności, jak zareaguje odbiorca. Może być albo pozytywnie zszokowany, albo rozczarowany. Z tym wiąże się właśnie ryzyko niespodzianki i wprowadzania do dzieł popkultury przeróżnych plot twistów. W The Last of Us Part II wspięli się na wyżyny i gdyby nie brzydki spoiler sprzed kilku miesięcy, dosłownie każdy byłby zaskoczony rozwiązaniem, o jakie pokusił się Neil Druckmann.

Chodzi oczywiście o fakt uśmiercenia Joela już na samym początku gry. Odważny ruch, zważywszy na to, że była to, jakby nie spojrzeć, główna postać poprzedniej odsłony. Wielu ludzi nie chciało kontynuacji historii Ellie, a właśnie jej opiekuna. Lwia część „fanów” stwierdziła, że błędem było zabicie bohatera The Last of Us, nie dając nawet możliwości zagrania nim. Ja jednak stoję w opozycji do tego twierdzenia. Tak radykalny krok dodał głębi całej produkcji i pewnego sensu działaniom postaci, które wzajemnie się napędzały. Pętla vendetty cały czas się nakręcała i zaciskała coraz mocniej na szyjach obu dziewczyn.

Gra, w którą trzeba zagrać

Jeszcze blisko premiery miałem okazję toczyć długą i zawiłą rozmowę z moim znajomym, który „przeszedł” The Last of Us Part 2 na YouTube. Jestem pewien, że wielu z nas robiło tak z niektórymi projektami, do których zwyczajnie nie byliśmy przekonani, albo nie odpowiadała nam mechanika rozgrywki. To dość naturalny proces, ale wiąże się z jedną, znaczącą wadą – odbieramy grom to, co jest ich esencją. Tracimy aspekt, który wyróżnia film od gry. W tym pierwszym jesteśmy zaledwie widzami wydarzeń, w drugim natomiast ich bohaterem.

Gdy wyłącznie oglądamy, możemy jedynie przyglądać się z boku, a siła oddziaływania treści nigdy nie będzie tak duża. Istotą rozgrywki są wszystkie elementy, które sprawiają, że wsiąkamy w historię. Ta zdaje się nas dotyczyć i choć jako obserwatorzy również możemy wszystko przeżywać, to nigdy nie będzie tej samej skali. The Last of Us 2 zostało zrealizowane w formie gry i właśnie tak powinniśmy ją przyswajać.

Ocenianie tegoż tytułu na podstawie gameplay’u na YouTube niewiele różni się od oceny filmu po przeczytaniu wyłącznie scenariusza. Tracimy sedno produkcji, a pewne zabiegi przestają mieć taki wydźwięk, jaki powinny. Wiele osób „recenzowało” najnowsze dzieło od Naughty Dog na podstawie materiałów w Internecie i uważam, że jest to błędem. Projekt, który tak mocno gra na emocjach, musi być aplikowany tak, jak zaplanowano.

Reasumując

Myślę, że udało mi się znaleźć główne powody rozbieżności w ocenach, choć jestem pewien, że biorąc pod uwagę ich liczbę, przyczyn może być znacznie więcej. Wniosek nasuwa się natomiast jeden – w tę grę trzeba zagrać. Tylko po przeżyciu historii tak, jak powinno się to zrobić, można racjonalnie ocenić wpływ decyzji twórców. Nie twierdzę bynajmniej, że sprawi to, iż projekt okaże się dla każdego najlepszym w historii.

Odnoszę jednak wrażenie, że narracja wielu krytyków przybrałaby wtedy nieco inny ton. To po prostu trzeba przeżyć samemu, poczuć to, co czują Ellie oraz Abby i zanurzyć się w ich emocjach. Bardzo rzadko szklą mi się oczy podczas jakiejkolwiek interakcji z dziełami popkultury, ale tu to wypaliło. Polecam każdemu, aby przeżył to na sobie.