Śmierć generała Franco zwiastowała świt nowej epoki. Hiszpania odchodziła od dyktatury, nie bez trudności zmierzając ku pluralizmowi i pełnej demokracji. Polityka, ustrój, podniosłe i ważne tematy, przez które często zapomina się o tych przyziemnych, o zwykłych ludziach.

Mi’pu’mi Games ma już doświadczenie z powieściami graficznymi. Ciepło przyjęte The Lion’s Song z 2016 roku było zbiorem opowieści osnutych wokół Wiednia z początku XX wieku, sprzed wybuchu Wielkiej Wojny. Decyzje w jednym epizodzie mogły mieć wpływ na wydarzenia z następnego – choć pozornie te epizody łączy jedynie to, że dzieją się w tym samym czasie. Do tego ten przyciągający klimat stolicy ginącego powoli cesarstwa, kawiarni goszczących największe umysły tamtych czasów. Powrót do czegoś, co nigdy już się nie powtórzyło.

The Flower Collectors stara się być równie zaangażowaną pozycją jak The Lion’s Song

Barcelona, rok 1977, dwa lata po śmierci dyktatora Franco. Krajem rządzi król, który podejmuje decyzję o demokratyzacji państwa. Zmiany ustrojowe bywają bolesne, jeśli idą za nimi też zmiany w samym społeczeństwie. To hiszpańskie było w tamtym czasie bardzo konserwatywne. Jakiekolwiek odbicie lewicujące było szybko pacyfikowane.

Gracz wciela się w Jorge

Byłego policjanta, który odniósł straszliwą kontuzję. Ta przykuła go do wózka inwalidzkiego. Praktycznie nie może teraz opuszczać swojego mieszkania. Często przesiaduje więc na tarasie, gapiąc się na plac przed budynkiem.

Monotonię przerywa jeden wieczór. Kłótnia, potem strzał i zabójstwo tuż przed drzwiami domu Jorge. Udaje się mu jeszcze wyjść na balkon i w ostatniej chwili rzucić okiem na uciekającego zabójcę. Szybki telefon na policję.

To jednak nie koniec wydarzeń

Do drzwi Jorge dobija się nieznajoma – jak się okazuje, świadek całego zdarzenia. Prosi, by ten ją ukrył i nie wydał policji. Wspólnie rozpoczynają śledztwo.

The Flower Collectors, choć w założeniu to powieść graficzna, stosunkowo sporo w niej gry przygodowej. Prawie point and clicka. Cała rozgrywka dzieje się w jednym mieszkaniu, Jorge nie jest w stanie się z niego wydostać na swoim wózku. Ma do dyspozycji spory taras, z dobry widokiem na okolicę. Do tego lornetka i aparat fotograficzny. To za ich pomocą gracz popycha akcję do przodu.

Za pomocą lornetki gracz obserwuje okolicę, zbiera poszlaki i dowody zbrodni

Tajemnicza nieznajoma pomaga tam, gdzie potrzebna jest interwencja na miejscu, fizyczne podejście do jakiegoś miejsca, porozmawianie z kimś.

W The Flower Collectors historię opowiadają dialogi. Wzorowo zagrane (mamy pełen angielski voice-acting, z aktorami wzorowo wypowiadającymi nazwy własne po hiszpańsku), rozbudowane rozmowy, na których przebieg gracz naprawdę ma wpływ. Rozgrywka podzielona jest na dni – to, co w trakcie dnia uda się osiągnąć, zależy od decyzji podjętych w trakcie gry. Jorge, były policjant, zna się na prowadzeniu śledztwa. Celem jest oczywiście dotarcie do prawdy o zabójstwie. Przy okazji jednak to okazja do zastanowienia się nad szerszym kontekstem wydarzeń. I trochę też zmuszenie grającego do doczytania na własną rękę – skoro nawet tytuł „zbieracz kwiatów” niesie ze sobą więcej, niż to się wydaje.

Dziwi konwencja obrana przez aktorów, gdzie postacie w grze to człekokształtne zwierzęta.

Osoby z ciałem człowieka, a z głową sowy albo kota. Zabieg zastosowany pewnie by podkreślić cechy konkretnych bohaterów – przebiegły będzie kotem, ktoś powolny, ale rozważny będzie sową. Co znamienne, do samego końca gry nie wiemy tak naprawdę jakim zwierzęciem jest Jorge.

The Flower Collector to gra na kilka godzin, pewnie maksymalnie 180 minut.

Więcej, jeśli zdecydowalibyście się odkryć wszystkie smaczki. To niedużo – ale jeśli podejść do produkcji Mi’pu’mi jako do noweli, opowiadania, to okazuje się już całkiem dużo. Dla mnie osobiście ważne jest to, że gra zostawiła mnie z czymś więcej niż kilkoma Steamowymi osiągnięciami na moim koncie.

Ciekawa historia, w trudnych czasach, przedstawiona w interesujący sposób. Na tyle zachęcający, że po zaliczeniu The Flower Collector sięgnąłem po, wspomnianą już, poprzednią produkcję tego samego studia, The Lion’s Song. Warto do niej wrócić, mało jest tak kompletnych opowieści!

The Flower Collectors, czyli rzecz o Hiszpanii z końca lat 80
plusy
  • rzadko poruszany temat
  • bardzo dobry voice-acting
  • decyzje rzeczywiście mają wpływ na historie
minusy
  • nieinteresująca konwencja ludzi z głowami zwierząt
8Punktacja