Nowe retro to naprawdę bardzo ciekawy kierunek.

Najczęściej gry tworzone na nowe platformy, przez niezależne studia – czasem nawiązujące do pomysłów z dawnych lat, czasem próbujące czegoś zupełnie nowego. Tym razem opowiem o przedstawicielu tej pierwszej grupy – Sydney Hunter and the Curse of the Mayan, produkcji CollectorVision Games.

Graliście kiedyś w Ricka Dangerousa?

Konkretnie pierwszą część, nie bez wątpienia stylizowaną i inspirowaną bezpośrednio przygodami Indiany Jonesa. Oto pojawia się śmiałek, przemierzający starożytne świątynie na całym świecie, głównie po to, żeby się wzbogacić. Z czasem okazuje się jednak, że dawne ruiny w dziwny sposób łączą się z wydarzeniami teraźniejszymi. I tak w przypadku Ricka Dangerousa wpierw zwiedzaliśmy Amerykę Środkową, później Egipt, by zostać skierowanym do zamku w Trzeciej Rzeszy i ostatecznie wylądować w nazistowskiej bazie rakietowej.

Produkcja CollectorVision Games czerpie garściami z tamtych lat.

Nie uderza już w tak podniosłe nuty jak walka z nazistami, skupia się na tytułowej zemście Majów. Sydney Hunter, główny bohater, uwikłany zostaje w walkę między majańskimi bogami. Kinich Ahau, bóg słońca, wraz z Kukulkanem, pierzastym wężem, stworzycielem świata, porywają się na kalendarz Haab. Ten pęka na siedem części. Całe to nieszczęście rozgrywa się w okresie Wayab, pięciu pechowych dni w kalendarzu Majów. Brak kalendarza powoduje zatrzymanie się czasu.

I tu wkracza Sydney.

Przypadkiem ląduje w piramidzie, w której poukrywane zostały części pradawnego kalendarza. Nie pozostaje mu nic innego jak zebranie ich wszystkich i przywrócenie biegu czasowi.

Sydney Hunter and the Curse of Mayan to klasyczna platformówka. Z elementami metroidvanii! Etapy wypełnione są przeszkodami: wrogami (kąsające węże, nietoperze, nieumarli itp.), znikającymi podłogami, wysuwającymi się kamieniami, pojawiającymi się znikąd płomieniami, czy w końcu wystrzeliwanymi ze ścian strzałami. Każdy ekran to oddzielne wyzwanie. Początkowo bardzo proste, ot węże giną od jednego uderzenia batem, przeskoczenie niewielkie przepaści nie stanowi problemu. Poziom trudności rośnie jednak bardzo szybko – i nagle okazuje się, że walka z trzema nietoperzami i dwoma wężami na raz, kiedy do dyspozycji ma się tylko wspomniany już bat, jest nie do przejścia. Pozornie.

Sydney Hunter to nowe retro.

Ale bardziej retro niż nowe. Te dawne gry, często ze względu na ograniczenia nośników pamięci, były stosunkowo krótkie. Twórcy decydowali się więc na sztuczne wydłużenie rozgrywki, podnosząc po prostu jej poziom trudności. To samo podejście częściowo zastosowało CollectorVision Games. Zawartości akurat w grze nie brakuje wcale (10 godzin gry może nie wystarczyć na jej przejście!). By jednak Sydney Huntera ukończyć, trzeba będzie się plansz nauczyć na pamięć. Nie ma zmiłuj, nie da się przewidzieć wszystkich niebezpieczeństw czyhających na bohatera. Grę przechodzisz więc na raty, ginąc co rusz. Czasem giniesz tak często, że twoje palce już same pamiętają, co naciskać, żeby przejść dalej.

To podejście ma swój urok, ale na pewno nie trafi do wszystkich.

Ja bawiłem i bawię się świetnie. Testowałem grę zarówno w wersji PCtowej (dostępnej na Steamie), jak i konsolowej, na Nintendo Switch. To jest jedna z tych pozycji, w które lepiej gra się na konsoli.

Dlaczego akurat na konsoli? Głównie przez oprawę, wydaje mi się. Pięknie narysowane, pixelartowe tła, wyróżniające się przeszkody (dopiero w momencie, kiedy wiesz, że dana przeszkoda jest w ogóle przeszkodą – czyli do pierwszej śmierci z jej powodu), bogata animacja. Naprawdę wygodnie odbierało mi się Sydneya Huntera na Nintendo Switch w wersji przenośnej.

Rozgrywce przygrywa jeszcze idealnie dopasowany do niej soundtrack.

Chiptune, oczywiście, jak przystało na retro. Dużo tracków, każdy etap w świątyni to inny utwór. Tylko znowu, ja chiptune uwielbiam, lubię go posłuchać, ale nie potrafię słuchać go całymi dniami. Jest w nim coś z wampira, przez kontrastujące, metaliczne dźwięki, wysysa energię. To samo miałem z soundtrackiem do Sydney Huntera. Melodie piękne, polubiłem je, ale naprawdę doceniłem ciszę, po zakończeniu dłuższej sesji z grą.

Jeśli cię Sydney Łowca zainteresował – to trafiłeś na niego w najlepszym możliwym momencie.

Aktualnie, tj. ostatnim tygodniu marca, gra jest w promocji zarówno na Steamie, jak i w Nintendo eShop. W obu sklepach obniżka o 50%, Steam do 17,99 zł, eShop równie 19 zł. Jeśli tak jak ja zagrywałeś się kiedyś w Ricka Dangerousa – Sydney Hunter będzie dla ciebie. Warto spróbować, szczególnie za tę cenę.

PS. A słyszeliście o fanowskiej wersji/kontynuacji pierwszego Ricka? Lao’s Quest, inspirowane właśnie Rickiem Dangerousem i Kings Valley II z komputera MSX. Assety wyciągnięto z obu produkcji, dopasowano do siebie i stworzono naprawdę kawał dobrej gry. I to dostępnej za darmo! 

Sydney Hunter and the Curse of the Mayan - recenzja (PC, Switch)
plusy
  • prawdziwy klimat przygody
  • spore wyzwanie
minusy
  • zupełnie nie dla każdego
8.5Punktacja