Praca w czwartej najlepszej firmie eksplorującej kosmos to prestiż. Kiedy szef wysyła cię na misję zbadania obcego świata, nie narzekasz, po prostu ruszasz. AR-Y 26, bo taki numer katalogowy ma twoja planeta-cel, ma być po prostu kolejną pozycją na liście do odhaczenia. Wylądować, zmierzyć co się da, spisać. Sprawy komplikują się jednak już od samego momentu lądowania…

Journey to the Savage Planet to debiutancki produkt Typhoon Studios…

… studia założonego przez Alexa Hutchinsona, wieloletniego pracownika Ubisoftu. Alex udzielał się m.in. przy Assassin’s Creed i Far Cry.

I to trochę widać.

Podróż na dziką planetę to pierwszoosobowa eksploracyjna gra przygodowa, pełna akcji. Pełna odkrywania obcej planety, katalogowania okazów fauny i flory. Do tego dochodzą tajemnicze artefakty, ślady po innych podróżnikach.

Znajdziek jest tutaj zatrzęsienie.

Zawsze jest czego szukać. Gracz jest skąpo uzbrojony, początkowo to tylko słaby pistolecik laserowy – po drodze uczy się wykorzystywać zasoby z samej planety. Znajdzie w końcu rośliny, których owoce posłużą mu za granaty czy bomby oblewające przeciwników spowalniających śluzem.

A przeciwników jest multum.

Życie na AR-Y 26 okazuje się bardzo różnorodne. Od okrąglutkich kurczakopodobnych maluszków do przerażających jakby-dinozaurów, które nie dość, że potrafią pluć jadem, to jeszcze potrafią jak postacie z kreskówek, zmienić się w oponę i w mig dopaść każdego. Trzeba więc do gry podchodzić z głową, frontalny atak to rzadko dobry pomysł.

I tak to idzie.

Przemierzamy (samemu albo w co-opie, grę można przejść z kolegą/koleżanką) różnorodne krainy AR-Y 26, lodowe pustkowia, dżungle, zawieszone w powietrzu wysypy. Zdobywamy poziomy doświadczenia, odblokowujemy kolejne narzędzia służącego do eksploracji, dzięki czemu możemy dojść dalej i dalej. Oczywiście warto też wracać do już odwiedzonych lokacji, Journey to the Savage Planet to w naprawdę dużym stopniu metroidvania. Da się ją przejść bez backtrackingu, będzie to jednak sporo utrudnione.

Jak to się wszystko sprawdza?

Średnio-dobrze. Niby bawiłem się świetnie, ale dość często musiałem robić sobie przerwy. Gra nie jest ani trudna, ani frustrująca, ale zdarza się jej być monotonną. Uroku nie dodaje jej wcale infantylne przedstawienie świata. Lubię różnorodność kolorów, na to nie narzekam, za to na projekty postaci już tak. Te najczęściej spotykane stworki, okrągłe kurczaki, pojawiają się w grze w kilku modelach, idiotycznie gdaczą i po prostu irytują. Ja szybko przestałem na nie zwracać uwagę, ale moi domownicy często prosili mnie jednak o przełączenie dźwięku na słuchawki.

Do tego dochodzi infantylny humor.

Szczególnie w tych krótkich filmy, które oglądamy w statku za każdym osiąganym kamieniem milowym. Wykonane naprawdę nieźle, porządnie zagrane (bo grane przez żywych aktorów), ale problem leży chyba w samym pomyśle. Trochę tak, jakby Typhoon Studios nie mogło się do końca zdecydować w jaki sposób przedstawić świat w Journey to the Savage Planet. Czy poważnie, nawet tajemniczo, ale z okazjonalnymi żartami, czy może Burtonowsko, gdzie komizm wynika z groteski i na odwrót. Otrzymujemy w rezultacie melanż, który w końcu pozostawia niesmak.

Journey to the Savage Planet ostatecznie okazało się w być moich oczach całkiem niezłą pozycją.

Z problemami, ale jednak wciągnęła mnie na blisko 20 godzin. To solidna pozycja dla kogoś, kogo bardziej niż strzelanie bawi odkrywanie świata, szukanie sekretów. Przyzwoita rozgrywka, ładny świat. To gra z segmentu AA, to w dniu premiery kosztowała coś w okolicach 120-130 złotych. I jeśli chcieć określić stosunek cena/jakość – jest nieźle!

Tym bardziej, że Journey to the Savage Planet wskakuje do oferty Xbox Game Pass dla konsoli Xbox One już 9 kwietnia!

Journey to the Savage Planet - recenzja
plusy
  • przyjemne elementy metroidvanii
  • bogaty świat do odkrycia
minusy
  • infantylny humor i przedstawienie świata
  • bywa monotonna
6Punktacja