Czasy pandemii to przykra sprawa. Zamknięcie w domu, ograniczenie kontaktów, wszechobecny marazm. Na szczęście przed zapadnięciem się w otchłań depresji jest rozrywka. A gry prezentujące klimaty zombie i zarazy to doskonały wybór na bezpieczne spożytkowanie swoich frustracji. Przypadkowo, i na szczęście, Dead or School jest właśnie taką grą.

W dystopijnej przyszłości część ludzkości zostaje zarażona tajemniczym wirusem i przemieniona w Mutanty

Przegrana przez ocalałych wojna zmusza ich do oddania powierzchni i schronienia się w podziemnych tunelach. W obawie przed inwazją ludzie nieustannie drążą w głąb… starając się zachować resztki technologii i cywilizacji nieomal zniszczonej przez mutanty.

78 lat później grupa młodzieży potajemnie planuje uciec do wyższego świata za pomocą wciąż działającej windy

Po drodze atakują ich Mutanty. Udaje im się przeżyć dzięki Hisako, córce głowy podziemnej osady Ikebukuro, naszej protagonistce. Sama Hisako jest jednak bardzo ciekawa, jak wyglądał świat na powierzchni. I to mimo istnienia starego prawa wśród mieszkańców podziemia, że jest to temat tabu. Naruszających go spotka odpowiednią karą. Matka bohaterki zamierza to prawo respektować. Jej babcia, której sumienie nie dawało spokoju, uspokaja jednak ciekawość Hisako. Dzieli się wspomnieniami z miejsca, które kiedyś nazywała domem. Wręcza jej przy tym mundur, który kiedyś nosiła. Następnie opowiada o „szkole”, raju, w którym dzieci bawią się i uczą razem. To inspiruje Hisako do wyruszenia na powierzchni z misją odnalezienia szkoły, do której można pójść, gromadząc po drodze przyjaciół.

Tak po krótce przedstawia się zarys fabuły Dead or School…

… debiutanckiego dzieła studia Nanafushi, które postanowiło połączyć stylistykę anime z zombiakami i zamknąć to w, hmmm, czymś w rodzaju metroidvanii. Eksploracja odbywa się na płaszczyźnie 2D, z uprzednio wyrenderowanymi mapami. Po drodze napotykamy pomniejsze zagadki logiczne, pokoje „areny”, zamknięte do momentu pokonania przeciwników, czy opcjonalne odnogi na mapie. Nic, czego wcześniej nikt w tym gatunku by nie zrobił. Do tego mamy dodany system RPG. Hisako zdobywa doświadczenie walcząc z przeciwnikami, a także znajdując i ratując po drodze innych uciekinierów. To doświadczenie przekłada się bezpośrednio na to, jak mocno będzie uderzać, czy też ile ciosów będzie sama w stanie przyjąć.

A skoro RPG to nie mogło zabraknąć ekwipunku

Ten zamyka się w orężu, jaki nasza przyszła uczennica może używać do eksterminacji mutantów. Jest to, odpowiednio: broń biała (katany, miecze, młoty bojowe itd.), średnia broń szturmowa (klasy M16) oraz ciężka broń oblężnicza (granatniki itp.). Każdą z nich można też ulepszać za zdobywaną walutę, zwiększając pojemności magazynków, ilość obrażeń i wszystko, czego możesz oczekiwać po awansie na wyższy poziom. Broń można też modyfikować o moduły, dodatkowo dostosowując ją do swojego stylu gry. Na przykład, zmieniając granaty w granaty odłamkowe, wybuchające w stylu Michaela Baya. Dodajmy do tego umiejętności specjalne, naturalne, atletyczne zdolności Hisako, czy spowalnianie czasu po uniku „w punkt” kojarzące się z Bayonettą i mamy prosty, ale satysfakcjonujący, system walki. Przynajmniej na pozór.

Pozytywne odczucia trochę psuje AI przeciwników oraz animacje

Z jednej strony można sobie tłumaczyć, że to bezmózgie mutanty. Czasem człowiek oczekiwałby czegoś więcej niż prostego wzorca zachowań z coraz mocniejszymi ciosami. Do tego hitboxy trochę na wyrost. Można mieć na ten temat mieszane uczucia. Trochę szkoda też, że technicznie gra nie jest w stanie utrzymać płynności w trybie przenośnym Switcha. Powinna w nim działać w 30 klatkach (w trybie zadokowanym – 60 klatek), ale jej się to nie udaje. Szkoda tym bardziej, gdyż za projekty postaci odpowiada Ryouhei Mokuseizaiju Ono znany z… japońskich komiksów, których z uwagi na ich naturę nie mogę przytoczyć. Artysta ma przyjemną dla oka kreskę i naprawdę potrafi rysować żeńskie postaci.

Czytając zresztą o kulisach powstawania gry można się dowiedzieć, że to projekt miłości, w który włożył całe serce i większość oszczędności

Design w kontraście ze średnią ścieżką dźwiękową (pisząc ten tekst musiałem się zastanowić, czy jakaś tam w ogóle jest) oraz lekko kulejącymi technikaliami niestety nie pozwala mi zarekomendować tej gry każdemu. Fani anime z pewnością docenią klimaty kojarzące się z takimi produkcjami jak Highschool of the Dead. Fani indyków mogą przeboleć braki szlifów w zamian za odrobinę głupiej, odmóżdżającej zabawy. Cała reszta powinna podchodzić z dużą rezerwą. Gdyby tylko dało się to doszlifować byłby to produkt świetny, a tak niestety mamy do czynienia ze średnio dobrym. Przynajmniej w wersji na Słicza. Dla mnie osobiście „janky”, ale przyjemne.

Dead or School - Recenzja Switch
plusy
  • styl artystyczny
minusy
  • trochę "janky"
6.5ocena