Prison Run and Gun – recenzja

Spijając poranną kawę po powrocie z pracy o godzinie 16, zastanawiałem się co ja robię ze swoim życiem. No bo człowiek tyra ciężko od nocy do świtu lub odwrotnie i generalnie nie ma z tego zbyt wiele. Wtedy też albo zmienia kredyt i bierze pracę, jak chciałoby się rzec i idąc za poradą byłego prezydenta, człowiek to może uczynić. Najczęściej rezygnujemy z jednego zajęcia na rzecz innego, lepiej płatnego. A co, jeśli jesteś Ramirezem z Meksyku, który nie ma takich możliwości, by rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady? Odpowiedź nasuwa się sama! Dołączasz do kartelu i zostajesz mafiozo!

Gra Prison Gun and Run zdaje się opowiadać historię takiego jegomościa, anonimowego Ramireza, który został złapany, skazany, a teraz chce wydostać się z pierdla. Co prawda, gracz nie poznaje takiej historii, a nasz protagonista nie ma nawet imienia, ale mógłby mieć na imię Ramirez i być meksykańskim handlarzem narkotyków! Mogło by tak być, głównie dlatego, iż posiada specyficzny wąs, a jego aparycja właśnie to przywiodła mi na myśl. Gra traktuje o ucieczce z pierdla, ale za to w jaki ujmujący sposób!

Jeżeli miałbym określić tę grę jednym zdaniem to śmiało mogę powiedzieć: Logiczna zręcznościówka w stylu retro z nowoczesnymi mechanikami rozgrywki. I tym właśnie jest jest Prison Gun and Run. Co ciekawsze, ta konwencja w połączeniu z tym stylem, sprawdza się znakomicie! Całość jest też o tyle fajna, że plansze nie są szczególnie przekombinowane i nad żadną z nich nie spędziłem więcej jak kilka minut. Ot, typowy clicker idealnie nadający się do gry np. podczas przejażdżki przez miasto autobusem. Najlepiej zobrazuje to ten screen.

Jak widać są skrzynki – one chowają ważne power-upy, a najczęściej tytułową broń. Bronią możemy zabijać jak i demolować elementy otoczenia jak np. generatory prądu. Warto dodać, iż skrzynie mogą zawierać nie tylko broń ale np. hełmy, które umożliwiają niszczenie skrzyń (bez nich spuszczenie skrzyni na łeb=śmierć), ale też dają drugą szansę na przeżycie, mimo otrzymanych obrażeń. Obrażenia zaś są jak w Mario – otrzymamy coś na klatę i tracimy życie. Na zawsze. Game over.

Widać, iż ostatnio doświadczamy wysypu gier na Unity – tutaj to nie jest wyjątek. To kolejna gra, która jest na tym silniku oparta, ale w przeciwieństwie do innych produkcji, jest warta uwagi. Zapewne powinny się pojawić osiągnięcia, których brakuje. Za to tytuł nadrabia ilością poziomów. Gra jest podzielona na trzy strefy, po około 30 poziomów każda.

Z żalem muszę doczepić się do jakości audio – o ile samo pluskanie występuje, o tyle już problem zaczyna się w momencie, iż jest to w zasadzie jeden utwór, który jest zapętlony. Żeby ten utwór jeszcze pasował do całości – byłbym w stanie to przyjąć na klatę, ale niestety! Muzyka średnio pasuje do rozgrywki i nasuwa myśl o demie w dowolnym darmowym programie do jej tworzenia. Dla jasności – o ile gra jest świetna, o tyle warto zaznaczyć, że dźwięk lepiej dać na „0”. A szkoda.

Kolejna sprawą, której mogę się przyczepić – w grze znalazłem/widziałem masę skrzyń chowających jakieś boosty lub Power-upy, do których nie musiałem sięgać by ukończyć poziom. Wyglądało to tak,  jak by autor miał jakiś pomysł z którego się wycofał gdzieś po drodze, ale zapomniał usunąć skrzyń z dodatkami. Albo jakby zmieniał całkowicie koncepcję planszy i ponownie – zapomniał to usunąć.

Tym sposobem docieramy do sedna – czy warto?
Jak na niszową grę o skromnym budżecie i niskiej cenie – jak najbardziej! O ile gier platformowych jest niewiele na rynku, przynajmniej obecnie, o tyle sam tytuł wybrania się teraz  jak i zrobiłby to np. 20 lat temu! Jednym słowem: Brać w ciemno!

Grę możecie zakupić tutaj.

O Błażej Pawełczyk

Sprawdź też

Chaos Code: New Sign of Catastrophe (PS4) – recenzja

Dzisiaj w recenzji tytuł niczym się niewyróżniający. Każdy element jest zaledwie poprawny lub spartolony, a …