Dead Island Definitive Edition – tropikalna rzeźnia

Gry z nieumarłymi w tle stają się ostatnio coraz popularniejsze. Co rusz ukazują się horrory z elementami surwiwalu, gdzie w walce o przetrwanie musimy stawiać czoła hordom zombie, których jedynym celem jest dobranie się do naszego świeżego mięsa. Moja przygoda z tego typu grami rozpoczęła się wraz z ukazaniem się Left 4 Dead. Konkretna strzelanka, w której chodziło o totalną rozwałkę, przy okazji próbując uciec od zarazy. Później ukazało się Dead Island, które to zaoferowało wyśmienitą oprawę graficzną; bardzo duży arsenał broni do wykorzystania; wielki, sandboxowy świat i ciekawą fabułę. 

5 lat po premierze Dead Island na komputery osobiste, wydawca postanowił przypomnieć o swoim wyśmieniwym jak na tamte czasy tytule również użytkownikom konsol nowej generacji. Tym sposobem ukazało się Dead Island Definitive Collection, w skład której wchodzą (przytoczone ze strony wydawcy):

  • Dead Island Definitive Edition;
  • Dead Island: Riptide Definitive Edition;
  • Cała dodatkowa zawartość – Bloodbath Arena, Ryder White, Survivor Pack, Fashion Victim;
  • Dodatkowa gra – Dead Island Retro Revenge, dwuwymiarowa bijatyka, dostępna jedynie w Definitive Collection.

Tutaj muszę przyznać, że oferowana zawartość to konkretna dawka kilkudziesięciu, jeśli nawet nie kilkuset godzin spędzonych w grze! Poza podstawową, fabularną wersją otrzymujemy również fabularną kontynuację, w postaci Dead Island Riptide. Jakby tego było mało, w paczce znajduje się trzeci(!) fabularny dodatek zatytuowany Ryder White, który zapewnia kolejne, przynajmniej kilka godzin gry. Żeby odetchnąć od całej zawartości fabularnej i zająć się soczystym siekaniem, wydawca udostepnił dodatek Bloodbath Arena. Wzorowane na walkach gladiatorów sceny, w której sami, lub w towarzystwie maksymalnie trzech innych graczy, stajemy na przeciwko ciągle napływającym falom nieumarłych. Nie będę się tutaj jednak rozpisywał na temat dodatków, gdyż zamierzam opisać każdy z osobna. 

Każda postać na każdą okazję

Gra oferuje 4 postacie do wyboru, gdzie każda z nich ma inną specjalizację.

  1. Logan – była gwiazda futbolu amerykańskiego, który zniszczył swoją karierą biorąc udział w wyścigu samochodowym, zabijając postronną osobę i swojego pasażera. Sam dostał uszkodzenia kolana, co definitywnie zakończyło jego sportową karierę. Specjalizuje się w rzucaniu bronią. Noże rzucone przez niego w przeciwnika potrafią zadań ogrom uszkodzeń. Osobiście postać ta pod względem swojej specjalnej umiejętności nie przypadła mi do gustu, gdyż każda rzucona w przeciwnika broń musi zostać podniesiona. Musi, nie musi, ale szkoda jest stracić broń, na którą ciężko pracowaliśmy, a która przyczyni się do zabicia tylko jednego wroga. Po taki rzucony nóż trzeba się wrócić, co jest po prostu niepraktyczne i często bardzo trudne, gdy w pościg za bohaterem puści się kilku, czy kilkunastu przeciwników. 
  2. Purna – była funkcjonariuszka policji z Sydney. Specjalizuje się w broni palnej. Broń palna to istotny element rozgrywki. Zadaje potężne obrażenia z dystansu, pozwala w większej mierze unikać bezpośredniego kontaktu z przeciwnikiem. Minusem używania broni palnej w Dead Island jest amunicja, a raczej jej brak – przynajmniej na początku rozgrywki. Pociski można znaleźć czy to w mieszkaniach, skrzyniach, czy przy zwłokach zabitych przeciwników, jednak nie jest ich dużo. Amunicję można również kupić u niektórych handlarzy, niestety jest ona dosyć droga, co stanowi problem przy skromnym budżecie gracza. 
  3. Xian – córka szefa hongkongijskiej policji. Spejcalizuje się w broni siecznej. Wszelkie maczety i tasaki to jej domena. Bardzo praktyczna pod względem swojej specjalizacji postać, gdyż broni siekanej w grze jest zwyczajnie bardzo dużo. 
  4. Sam B – raper jednego hitu, który przybył na wyspę w nadziei przywórcenia swojej popularności i dawnej sławy. Jego specjalizacja to broń obuchowa. Osobiście mój faworyt. Młoty, klucze francuskie, czy maczugi stają się w jego rękach prawdziwym postrachem. Potrafi szarżować, ogłuszać i skakać przeciwikom po głowie, wykańczając ich jednym ruchem.

Oczywiście specjalizacje w danym typie broni nie sprawiają, że przykładowo Sam B nie może używać karabinu. Specjalizacje wiążą się z drzewkiem umiejętności, które rozwijane w miarę zdobywania doświadczenia przez bohatera, umożliwia odblokowanie umiejętności i bonusów, znacznie ułatwiając dalszą grę. Która postać jest zatem najlepsza? Na to pytanie nie odpowiem, gdyż na pewno znajdą się zwolennicy, jak i przeciwnicy każdej. Mówiąc krótko – co kto lubi.

Dzień po ciężkiej nocy

Nocna impreza na rajskiej wyspie trwa w najlepsze. Fajne dziewczyny, morze wylewanego alkoholu i nieoczekiwane, dziwne napady agresji. Dla Sama B impreza kończy się w hotelowym pokoju z wielkim helikopterem w głowie. Po porannym przebudzeniu odkywa, że hotel jest pusty, a osoby, które chwilę później napotyka nie są do końca przyjazne i co najważniejsze – nie są też do końca żywe. Krótkie rozeznanie w sytuacji i pomoc osoby, która widzi wszystko przez hotelowy monitoring pozwalają czarnemu raperowi dostać się do innych ocalałych z ataku wygłodniałych istot.

Tak fabuła toczy się dalej, w rytm wykonywania zleceń ocalałych, w poszukiwaniu pożywienia dla nich, a także w próbie wydostania się z wyspy, z nadzieją, że poza nią powraca normalność.

Ładny, otwarty świat i modyfikowanie broni

Dead Island jest po prostu ładną grą. Już sam fakt umiejscowienia rozgrywki na rajskiej wyspie jest trafionym pomysłem, gdyż któż z nas nie marzy o widokach palm i piaszczystych plaż wzdłóż błękitnego oceanu. Są drewniane chatki, są jaskinie, są porośnięte roślinnością dzungle. Różnorodność lokacji zasługuje na pochwałę. Pomimo, że fabuła głównie skupia się wokół głównego wątku, tak deweloperzy postanowili wykorzystać ogromną powierzchnię plansz i postanowili w wielu miejscach umiejscowić postacie, które przedłużą naszą zabawę, oferując różnego rodzaju zadania. Niestety z zadaniami jest już trochę gorzej. Jest ich dużo, bardzo dużo, jednak są dosyć monotonne i wszystko jest postawione na jedną kartę. Idź, zabij, przynieś. Czasem zdarzy się, że mamy przekręcić jakiś zawór, dostarczyć kanistry z paliwem, czy naprawić bezpiecznik, jednak i tak bez ciągłego klepania umarlaków się nie obejdzie. To oczywiście wielka zaleta tej gry, gdyż jest to typowy slasher w 3D, ale po kilkunastu godzinach gry to zwyczajnie nudzi. Urozmaiceniem jest możliwość modyfikacji broni. Z pomocą zebranych w trakcie rozgrywki baterii, gwoździ i innych części możemy przyodziać posiadaną broń w ciekawe i bardzo przydatne efekty. Kij baseballowy "Zagwozdka", łom "Magiczna różdżka", czy buława "Cierń", to nie tylko fajne nazwy, to również fajne efekty ich wykorzystania!

Remaster, czyli wersja ulepszona?

Wypuszczenie poprawionej gry po kilku latach od premiery budzi wiele emocji u graczy. Z pewnością każdy oczekuje zmian, jednocześnie zastanawiając się, czy wydawca rzeczywiście poradził sobie z wyzwaniem, jakie sam sobie postawił. 

Jednostki PC mają tę przewagę nad konsolami, że można je rozbudowywać we właściwie nieograniczonym zakresie. Konsole są zamkniętym środowiskiem, gdzie ingerencja w hardware jest wykluczona. Poprawiona wersja Dead Island na Playstation 4 działa w rozdzielczości Full HD. Tekstury są naprawdę ładne i tutaj nie ma się do czego przyczepić. Problem jednak stanowi ilość klatek na sekundę. Podczas, gdy w swojej wersji na PC gra chodziła mi po prostu płynnie, tak tutaj dosyć często można zauważyć drobne spadki wydajności. Dzieje się tak zwłaszcza przy dużej liczbie przeciwników, przy otwartym ogniu i w lesie, gdzie pada mnóstwo promieni słońca przebijających się przez korony drzew na zmianę z cieniami. Te miejsca potrafią konkretnie zagrzać konsolę i włączyć obroty wiatraka na najwyższy poziom. Ciekawym elementem jest dodanie latających drobinek praktycznie w każdym miejscu. Sprawiają one, że tło nie jest puste, lecz delikatnie wypełnione właśnie lekko świecącymi, latającymi drobinkami, które dają wrażenie, że coś się dzieje, nie ma pustki i zwyczajnie jest ładniej.

Zastrzeżenia mam co do nasycenia kolorami. W odświeżonej wersji jest nieco mniej kolorowo. Być może oryginalna wersja raziła kogoś w oczy pięknymi kolorami, jednak to był cały urok rajskiej wyspy, zielonych liści palm i błękitnej wody. Tutaj te kolory są trochę bledsze.

Muszę wspomnieć o tym, co denerowało mnie najbardziej. Kontrast, kontrast i jeszcze raz KONTRAST. Ja rozumiem, że matryce telefonów komórkowych, czy aparatów cyfrowych mają dosyć niską rozpiętość tonalną, ale patrząc oczami bohatera (czyt. ludzkim okiem), ten balans powinien być wiernie odwzrorowany! Efektem tego dziwnie podkręconego kontrastu jest konieczność chodzienia z latarką uliczkami miasta nawet w biały dzień! Latarki używałem praktycznie cały czas, gdyż bez niej właściwie nie widać postaci, a jedynie same zarysy sylwetki. Tak nie powinno być, bo zamiast skupić się na tym, czy za chwilę nie padnie bateria w latarce (przykładowo w środku starcia), powinniśmy skupić się na samej rozgrywce.

Ciekawym, ale nie do końca trafionym efektem graficznym dodanym w poprawionej wersji, jest rozmycie tekstur w ruchu. To sprawdza się dosyć fajnie podczas rozgrywki, gdy korony drzew delikatnie się rozmywają podczas ruchu, dodając wrażenie większej płynności gry. Efekt jest niestety w ogóle nie sprawdza się w tzw. cut-scenkach, czyli przerywnikach filmowych w trakcie rozgrywki. Poruszające się postacie rozmazują się niemołosiernie. Wygląda to bardzo słabo i sprawia, że wzrok nie do końca wie, czy podąrzać za poruszoną twarzą, czy może pozostać przy jej zamazanym, ciągle widzianym śladzie. Brzmi dziwnie i tak samo wygląda w praktyce. Równie dziwnie wygląda kanister niesiony tuż przy piersi bohatera, który rozmazuje się to na prawo, to na lewo. Kilka głębszych kieliszków powoduje ten sam efekt w świecie rzeczywistym. 

Czy warto?

Dead Island Definitie Edition jest grą, która zadowoli każdego fana siekania przeciwników, czy tych żywych, czy tych nieumarłych. Obcinanie głów, miażdżenie ich, łamanie kości i przetrącanie kręgosłupa – kilkanaście godzin takiej rozrywki czeka nas w tle rogrywającej się, ciekawej fabuły. Wielkim plusem gry jest możliwość wspólnego grania w grupie do czterech osób. Wiadomo, że z kimś zawsze raźniej i zwyczajnie łatwiej w starciach ze zwykłymi przeciwnikami, jak i z rzadko spotykanymi nieumarłymi specjalnymi, obdarzonymi wyjątkowymi umiejętnościami, większą ilością punktów zdrowia i zdecydowanie większym kopem. Minusów w porównaniu do plusów jest naprawdę niewiele, a mogę do nich zaliczyć (poza wymienionymi powyżej) drobne błędy, jak stojący w przejściu NPC, blokujący drogę, czy dziwnie działający system trofeów i wyzwań, który potrafi po kilka razy przyznać nagrodę za to samo osiągnięcie. To jednak nic w porównaniu z całą świetną i wciągającą przygodą na tropikalnej wyspie, wśród krwiożerczych przyjaciół. Tytuł obowiązkowy dla każdego fana nieumarłego świata.

O Paweł Mazurek

Góry, rower, fotografia, gry. Wszystkiego po trochu. Jednego mniej, drugiego więcej.

Sprawdź też

Talisman: Digital Edition (PS4) – recenzja

Talisman: Digital Editon to wersja elektroniczna gry planszowej, której pierwsze wydanie ogrywano już w latach …